Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Twórczość Konkursowa

New Playground – Gabriel Fabia Zwycięzca konkursu “Granicą jest wyobraźnia”

New Playground

Podróż na skróty przez czarne dziury przy prędkości prawie stokrotnie większej od prędkości światła i zaginanie przy tym spektrum czasoprzestrzeni w przypadkowych miejscach do najprzyjemniejszych rzeczy nie należy. Nawet dla kogoś, kto nie do końca posiada formę fizyczną. W każdym razie tych dwoje raczej nie wyglądało na zadowolonych.
-Cholera. Znowu to samo! Mówiłem, że trzeba mieć go na oku od ostatniego „wypad-ku”. Mówiłem!
-Oh, zamknij się na moment, to może zdążymy na czas. Skup się na kontinuum i błagam, ucisz się choć na chwilę.
-To twoja wina!
-Ucisz swe myśli i zamilcz w końcu do cholery!
Przestrzeń za nimi zdawała się trwać w nieprzerwanej eksplozji od nadmiaru czarnej materii, a oni pędzili wciąż, pośród niemego krzyku pustki kosmosu.

***

Kolejna eksplozja i błysk na tle czarnej jak smoła przestrzeni. Narodziła się nowa gwiazda, a wraz z nią uśmiech na rozkapryszonej twarzy widmowego dziecka. Radość i odbijający się głuchym echem chichot zdecydowanie świadczyły o zadowoleniu z nowo nabytej zabawki.
-Tak. Tak! Bardzo piękne – krzyczał w euforii dzieciak, a uśmiech nie znikał ze ślicznej, ale złośliwej twarzyczki.
-Co by tu jeszcze… co jeszcze?… o tak! Już wiem! To zdecydowanie świetny pomysł!
Pstryknięcie drobnymi i delikatnymi, jednak bądź co bądź, ogromnymi w swej skali paluszkami dziecka. Już po krótkiej chwili dało się zauważyć kilka zawirowań gwiezdnej mate-rii, a następnie w mgnieniu oka, w pobliżu nowo narodzonej gwiazdy utworzyła się jedna, a następnie dwie kolejne bryły, przybierające w szybkim tempie coraz to bardziej owalne kształty.
-Nie! – krzyknęła istota – zdecydowanie nie o to mi chodziło! Zupełnie nie o to. Eh, niech to szlag… – wymamrotało dziecko pod małym perkatym noskiem.
Brzydki grymas niezadowolenia wykrzywił twarz chłopca, a kilka błękitnych wyładowań przeskoczyło z jednego kącika ust do drugiego. Przymknął na moment oczy i w skupieniu pstryknął palcami raz jeszcze.
W chwili szybkiej niczym myśl, tuż przed bystrym spojrzeniem gwiezdnego dziecka pojawiła się kolejna bryła. Tym razem zdecydowanie większa i bardziej okrągła od trzech po-przednich. Różniła się jednak tym, że w przeważającej części składała się z gazów, podczas gdy jedynie jej jądro miało postać materii stałej. Dodatkowo otoczona była kilkoma pierścieniami kosmicznego pyłu i kamieni.
Radosny chichot rozległ się echem po raz drugi. Widmowa główka dziecka przyjrzała się dokładnie swojemu dziełu. Obejrzała z uwagą z każdej strony, po czym zmarszczyła ogromny nosek w wyrazie niezadowolenia. Szybkim i niecierpliwym gestem chłopczyk o czuprynie mieniącej się wszystkimi barwami tęczy, wyciągnął przed siebie transparentną dłoń, a z każ dego z pięciu palców wystrzelił obłok kosmicznej materii. Każdy z tych obłoków zaczął for-mować się w nowy obiekt, by po chwili zawisnąć w przestrzeni, niedaleko nowej gwiazdy.
Mały konstruktor przetarł rączką czoło, jak gdyby ścierając oznaki wysiłku, podczas gdy palce drugiej zagiął niczym szpony drapieżnika i wykonał gest przypominający próbę rozdarcia „ciała” przestrzeni kosmicznej. Coś pękło, coś skrzypnęło i trzasnęło, a następnie kosmiczne zabawki malca ruszyły w powolny i piękny, synchroniczny taniec wokół nowej, błyszczącej gwiazdy.
Chłopiec był z siebie naprawdę zadowolony. Nie dało się ukryć, że odwalił kawał dobrej roboty. Kosztowało go to odrobinę wysiłku, ale warto było. Własny układ słoneczny to nie byle co. W końcu dopiął swego.
-Zaraz, zaraz – pomyślał – nie można zapomnieć o najważniejszym elemencie. Tym razem musi się udać!
Wziął głęboki oddech, choć w zasadzie wcale nie potrzebował oddychać. To raczej od-ruch. Nawyk. Pomaga w skupieniu, a i wyrazi emocje, kiedy trzeba. Ot, taki symbol samego faktu jestestwa.
Mocno skoncentrowany przymknął powieki. Choć mogło by się to wydawać nieco dziwne, a nawet niedorzeczne, na jego czole dało się zauważyć kropelki potu, pokrywające całą sieć naczyń krwionośnych, które wystąpiły mu na skroniach pod wpływem potężnego wysiłku. Jego gałki oczne tańczyły pod powiekami niczym w szalonym transie, a z wnętrza płuc ogromnego gwiezdnego dziecka wydobywał się pomruk tak potężny i ponury zarazem, jak gdyby całe zastępy aniołów wygrywały hymn na rogach wojennych.
Trwało to jakąś chwilę. Nieważne jak długo, zresztą, czas nie ma w tym miejscu znaczenia i nie da się go określić jakąkolwiek znaną miarą.
Istota w tym samym momencie otworzyła gwałtownie oczy i usta, a z jej gałek ocznych i wnętrza gardła wystrzeliło światło tak jaskrawe i potężne, że zarówno chłopiec, jak i nowy układ słoneczny zatopiły się i zniknęły na moment w jego blasku. Po chwili światło znów ustąpiło ciemności, pośród której nowe planety kąpały się w blasku żółtej gwiazdy, tańcząc wokół niej i jednocześnie wirując wokół własnej osi.
Dzieciak upadł na kolana dysząc ciężko. Uniósł głowę i spojrzał w kierunku jednej z planet.
-Tylko tyle? Zaledwie jedna? – wymamrotał pełnym frustracji tonem. – I aż tyle – do-dał. – No cóż… lepsze to, niż nic. To zdecydowanie lepszy rezultat od poprzedniego. Zmusił się do lekkiego uśmiechu, po czym znów spuścił głowę i wciąż klęcząc, zawieszony pośrodku przestrzeni, podpierał się rękami o pustkę.
-Dlaczego?! – usłyszał potężny głos tuż za swoimi plecami. – Czy niczego się nie na-uczyłeś? Nie wyciągnąłeś wniosków?
Odwrócił powoli głowę. Podniósł się z wysiłkiem i stanął twarzą w twarz z niezapowiedzianymi gośćmi. Zdążył jeszcze zauważyć, jak za ich plecami szybko i bezgłośnie zamyka się otchłań czarnej dziury, poprzez którą przybyli, i jak powoli zanikają rozproszone macki czarnej materii.
-Witaj, ojcze – rzekł z krzywym uśmieszkiem na ustach.
-Zamilcz, głupcze! – ryknął przybysz głosem tak potężnym, iż zdawało się, że planety i część galaktyki rozpadną się w pył od powstałej wibracji. Nie zrobiło to jednak na chłopcu większego wrażenia.
-Hm… widzę, że strasznie się stęskniłeś – odrzekł z zadziornym tonem w głosie.
Przybysz ział gniewem, a wokół zaciśniętych do granic możliwości pięści zaczęły poja-wiać się wyładowania czerwonej energii.
-Dość tego, synu – odezwała się towarzyszka przybysza. – Ty też się uspokój, mój drogi. Przybyliśmy tutaj porozmawiać i zapobiec nieszczęściu. To nie miejsce ani czas na kłótnie, a tym bardziej na walkę.
-Zapobiec nieszczęściu? – odrzekł mężczyzna już nieco spokojniej. – Czy nie widzisz, że jest już za późno? On znów to zrobił! Niczego się nie nauczył. Zupełnie niczego…
-Nie do końca, tatku – przerwał mu chłopiec. – Spójrz. Nic nie eksplodowało tym razem i ogólnie wygląda to dość przyzwoicie. Nie sądzisz?
Przybysz zdawał się nieco bardziej opanowany niż przed momentem, jednak nie potrafił ukryć narastającej frustracji.
-„Nic nie eksplodowało”? Masz tupet do jasnej cholery! Poprzednim razem twoja bezmyślność i głupota omal nie doprowadziła do zniszczenia trzech równoległych wymiarów! Zdajesz sobie sprawę, jakie to mogło mieć konsekwencje dla naszego dominium? Nawet dla całego wszechświata.
-Jednak do tego nie doszło – powiedziało dziecko z przekąsem. – Nie wiem doprawdy, o co ta cała afera.
-Nie wytrzymam! – wykrzyczał ojciec. – Daję słowo, że za chwilę sam osobiście rozniosę go na atomy. Zrób coś kobieto! Nie stój tak! Przemów mu do rozumu! – powiedział i za-łamany zakrył twarz dłonią w geście bezradności.
-Synu, twój ojciec ma rację – odezwała się w końcu matka chłopca. – Wiesz dobrze, że ledwie udało nam się wybronić cię przed wyrokiem Strażników Dominium. Gdyby nie my, już byś nie istniał, a twoje molekuły dawno rozproszyłyby się w pustce kosmosu. – spojrzała na niego łagodnie i pojednawczo. – Okaż choć odrobinę szacunku i wdzięczności.
-Dobrze, matko – odparł niepokorny syn. – Może i masz rację, ale nadal uważam, że osądy Strażników wynikają z ich niezmiernej ignorancji i ograniczeń. To starzy głupcy z umysłami wypaczonymi przez eony lat egzystencji. Nic ponadto. Poza tym dobrze wiesz, że wycofali wyrok tylko i wyłącznie ze strachu. Ze strachu przed moim ojcem i przed stanowiskiem, jakie pełni w Radzie Dominium. Mam mu dziękować, że jest tym, kim jest? Niedoczekanie – odrzekł pysznie i dumnie, jak gdyby czuł się ponad wszystkich i wszystko. Nietykalny. Niezniszczalny.
Przybysz zacisnął z siłą powieki, opanował narastający gniew i zwątpienie.
-Zapomnij na moment o moim stanowisku i mojej pozycji w Radzie. Faktem pozostaje, że wciąż istniejesz dzięki interwenci mojej i twojej matki, jak również to, że jedynym warunkiem wycofania wyroku Strażników było twoje zobowiązanie do zaniechania zabawy w boga. Przynajmniej do czasu, gdy będziesz w końcu na to gotowy i otrzymasz odpowiednie pieczę-cie mocy oraz potrzebne uprawnienia. Jesteś jeszcze zbyt młody i nierozważny, by robić to, co usiłujesz. Jak zresztą widać, z marnym skutkiem. – powiedział to ze srogą miną, głosem głębokim i opanowanym, budzącym respekt.
-Czy można to nazwać niczym? – obruszył się chłopiec i wykonał szeroki gest ręką, wskazując w kierunku planet. – Spójrz ojcze. Zobacz. Stworzyłem życie – powiedział z dumą.
-Synu… cóż chcesz mi pokazać? Tę jedną małą planetkę, pośród ośmiu martwych ni-czym zwykła skała? Tej ostatniej nie można nawet nazwać planetą. Toż to zwykła, szara bry-ła, zawieszona w przestrzeni. Nic ponadto – powiedział, kierując wzrok w stronę obiektu, o którym mówił.
-Jeśli chodzi o ścisłość, ojcze, to stworzyłem ją jako pierwszą, a nie ostatnią, jak mówisz. Stąd taki wynik, a nie inny.
Mężczyzna z potężną brodą i o profilu godnym Władców Universum opuścił głowę.
-To już nieistotne – odrzekł spokojnie. – Przybyliśmy, aby cię powstrzymać przed spowodowaniem kolejnej katastrofy. Dostaliśmy wolną rękę od Strażników. Wszechświat to nie zabawka, synu. Nie możesz robić sobie z niego osobistego placu zabaw – wypowiadał słowa głosem bardzo surowym i pozbawiającym złudzeń, co do ewentualnego wyjścia obronną ręką z tejże niezbyt komfortowej sytuacji.
-Przykro mi, synu – wyszeptała matka głosem pełnym smutku.
Dziecko spojrzało pytająco na swojego ojca.
-Co zamierzasz? Zrób swoje albo odejdźcie i zostawcie mnie w spokoju. – zaproponował głosem, w którym nadal brzmiała nutka dumy i pychy.
Rodzic spojrzał z zawiedzioną miną i groźnym blaskiem w oczach na swego potomka.
-Cóż, na twoje szczęście, nie zdążyłeś wysadzić choćby nawet pół galaktyki. Jednak wiedz, że kara cię nie ominie. Każdy czyn niesie ze sobą konsekwencje, a każda kara musi nieść ze sobą lekcję, która pozwoli wyciągnąć wnioski z popełnionych czynów.
Chłopiec uniósł głowę z nadzieją w oczach.
-Oto co postanowiłem – kontynuował przybysz. – Po raz kolejny postąpiłeś bardzo nie-odpowiedzialnie, ignorując wszystkie prawa, zakazy i dobre rady. Odpowiedzialność to ce-cha, której brakuje ci najbardziej, więc musisz się jej nauczyć. Stworzyłeś ten układ słoneczny. Trudno. Nie da się już tego cofnąć. Obróćmy to jednak na twoją korzyść. Wykorzystajmy jako karę i lekcję zarazem – ciągnął ojciec.
Chłopak czuł narastający niepokój. Wiedział, że te słowa nie wróżą dla niego nic dobrego. Wciąż jednak milczał pokornie, zaciskając zęby w narastającym gniewie i strachu.
-Bramy naszego dominium będą dla ciebie zamknięte na jakiś czas. Zostanie ci także odebrana moc otwierania wrót do równoległych światów. Jestem twoim twórcą, więc wiesz, że mam moc, do czasowego odebrania ci wrodzonych zdolności. – Spojrzał na syna i uśmiechnął się smutno. – Ten układ planetarny, który stworzyłeś, stanie się twoim domem na czas co najmniej kilkudziesięciu miliardów obiegów, tejże tutaj trzeciej planety od gwiazdy również stworzonej przez ciebie. Jej światło będzie jedynym, jakie będziesz oglądał w najbliższym czasie – mówił powoli, patrząc groźnie na swoje dziecko, na swojego niepo-kornego syna.
-Nie! – wykrzyknął chłopiec. – Nie możesz! Nie wolno ci! – zacisnął dłoń i z całej siły uderzył w polaryzującą taflę czasoprzestrzeni. – To… to niemożliwe! – szeroko otworzył oczy ze zdziwienia. – Uderzył ponownie, tym razem obiema pięściami naraz. Mocno. Z siłą. Z gniewem. Wciąż to samo. Powierzchnia czasoprzestrzeni lekko ugięła się, lecz natychmiast powróciła do swojej pierwotnej formy.
-Mówiłem, że nie możesz stąd uciec. Odebrałem ci zdolność do podróży między wymiarami. Zostaniesz tutaj, synu. Na bardzo długo – jego głos nawet nie zadrżał. Był pewien swojej decyzji. – To nie wszystko – kontynuował. – Życie które zapoczątkowałeś na jednej z tych planet, będzie się rozwijać, ewoluować. Wiesz o tym z pewnością. Taka jest natura wszech-rzeczy. To właśnie będzie twoja lekcja odpowiedzialności. Będziesz dbał o tę planetę. Następnie zwrócisz szczególną uwagę na gatunek, który zacznie wyprzedzać inne w swojej ewolucji i postępie. Będziesz wskazywał im drogę, udzielał wskazówek, karał, jeśli zajdzie po-trzeba. Jesteś doskonale świadom tego, że nasze fizyczne formy istnieją w zupełnie innym dominium niż ten wszechświat, a zatem istoty z tej planety, nie będą w stanie cię zobaczyć. Sam musisz znaleźć sposoby komunikacji z nimi. To twoja kolejna lekcja. Poznanie i zrozumienie. Kiedy z czasem oczy najbardziej zaawansowanych technicznie stworzeń zwrócą się w stronę gwiazd i później, gdy zaczną sięgać w ich stronę, wtedy będziesz mógł ich opuścić. Będziesz mógł odejść. Wtedy właśnie skończy się twoja lekcja i bramy reszty światów znów staną przed tobą otworem.
Chłopiec nie potrafił ukryć łez i gniewu. Był przepełniony złością na swojego ojca, na matkę i na siebie zarazem. Był bezsilny. Wiedział, że nic już nie może zrobić.
-Zniszcz mnie – wyszeptał cicho przez łzy. – Rozbij moje ciało na atomy. Proszę. Wolę niebyt, niż to więzienie.
-Przykro mi, że tak to postrzegasz, synu. Może z czasem to docenisz – odparł mężczyzna o surowym spojrzeniu.
Dotąd milcząca matka spojrzała na swe dziecko ze łzami w oczach, następnie powoli otworzyła usta:
-Żegnaj, synku – powiedziała.
-Do zobaczenia – dodał ojciec, po czym tuż za nim i jego towarzyszką pojawiła się ziejąca ciemna otchłań czarnej dziury i przybysze zniknęli tak szybko, jak się pojawili, pozostawiając za sobą małe, bezradne i łkające dziecko.
Chłopczyk wyprostował się powoli, zdjął dłonie z zapłakanej twarzy i otarł łzy.
-Dobrze zatem – odrzekł w stronę zamykającej się wyrwy w czasoprzestrzeni, gdzie przed momentem zniknęli jego rodzice. – W porządku. Obyś nie żałował, tatku! – wykrzyczał z pogardą.
Zadziwiająco szybko na jego twarzy znów pojawił się ten szyderczy i pełen buty uśmiech. Skierował wzrok w kierunku małej planetki, trzeciej w kolejności od palącej się przepięknym, żółtym ogniem gwiazdy. Planety, która powoli zaczynała przybierać niezwykły, błękitny ko-lor.
-Wygląda na to, że spędzimy ze sobą trochę czasu moi mali – powiedział młody Stwór-ca, szczerząc brzydko zęby, a w jego oczach pojawił się złowieszczy błysk. – Szkoda więc go tracić. Prawda? – Cóż więc… zabawmy się zatem!…

KONIEC