Kawerna - fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Konsole

Call of Duty: Black Ops 4 – wrażenia z bety!

Gdy po raz pierwszy usłyszałem o porzuceniu fabuły w „Black Ops 4” i zastąpieniu jej trybem Battle Royale, głośno dałem upust niezadowoleniu. Decyzja Activision i Treyarch malowała się niczym pójście po najmniejszej linii oporu – porzucenie trybu wymagającego pewnego nakładu pracy na rzecz zbudowania jednej, większej mapy na której osiemdziesięciu graczy będzie na siebie radośnie polować. Humoru nie poprawiał mi fakt, że o ile miałem okazję poznać na własnej skórze PUBG i „Fortnite”, tak nie przypadliśmy sobie z Battle Royale do gustu. Jak wielkie było moje zdziwienie, gdy okazało się, że „Call of Duty: Black Ops 4” ma szansę ten stan rzeczy zmienić.

Battle Royale szturmem wzięło serca graczy na całym świecie, w niecały rok stając się jedną z najbardziej dochodowych gałęzi elektronicznej rozrywki, a co za tym idzie – trafiając w krąg zainteresowania gigantów pokroju EA i Activision. Korporacje ochoczo ogłosiły wprowadzenie tego trybu do najgłośniejszych tytułów, ignorując najwyraźniej fakt, że choć fenomen BR jest stosunkowo świeżym tematem, tak konkurencja na tym rynku jest zażarta. Tytuły takie, jak „Totally Accurate Battlegrounds”, czy „Realms Royale” ze wszystkich sił starają się zbudować i utrzymać zadowalającą bazę graczy w niszy zdominowanej przez wielką dwójkę, a o pechowcach pokroju „Radical Heights” nikt już nie pamięta. Choć nie ulega wątpliwości, że nadchodzące „Call of Duty” pobije rekordy sprzedaży, to czy Treyarch z ich podejściem do tematyki BR będzie w stanie wykroić dla siebie kawałek metaforycznego tortu? Jeśli wierzyć przeprowadzonej w zeszłym tygodniu becie – tak. Choć nie bez przeszkód.

Gdy po raz pierwszy odpaliłem betę „Blackout” uderzyła mnie jedna myśl – jak to wszystko płynnie działa! Nawet na zwykłym PS4 i przeciętnym łączu nie doświadczałem lagów, rubberbandingu, ani wyraźnych spadków animacji – i to nawet w chwili, gdy w drugim pokoju żona odpaliła Netflixa (na co już taki „Battlefield 1” potrafi zareagować okazjonalną czkawką). Gdy po chwili oczekiwania w lobby znalazłem się wraz z resztą graczy na pokładzie helikoptera mającego dostarczyć nas na miejsce, otworzyłem mapę i zacząłem rozpoznawać znajome kąty. Wśród krążących w sieci wątpliwości wyrażanych pod adresem wprowadzeniu BR do CoD jedną z częściej powtarzanych była ta o wielkości map, z której seria do tej pory nie słynęła. Gracze obawiali się sztucznego rozciągania lokacji celem zapewnienia miejsca dla blisko setki zawodników. Jak się okazało, Treyarch rozwiązał ten problem po mistrzowsku i już za to należą się brawa. Dość pokaźnych rozmiarów mapa (choć znacznie mniejsza od Erangela z PUBG) składa się z lokacji inspirowanych między innymi poprzednimi odsłonami „Black Ops”. Znajdziecie tutaj Asylum oparte na Verrückt („World at War”/”Black Ops”), Estate (Raid z BO2) czy nieśmiertelne Nuketown i muszę przyznać, że sporą część pierwszego dnia przy Blackout spędziłem na zwiedzaniu zaadaptowanych do tego trybu kątów. Całe szczęście, nie było to równie irytujące, co w przytoczonym powyżej PUBG, gdzie zabudowania oddzielone są od siebie połaciami otwartej przestrzeni. Owszem, w BO4 również można natrafić na spore obszary nieużytków, ale dzieje się tak głównie na wschodniej, pustynnej części mapy. Należy przy okazji zwrócić uwagę na to jak płynnie wszystko działa. Choć na PS4 gra nie zawsze utrzymywała 60 FPS, tak okazjonalne spadki nie były uciążliwe.

Choć Treyarch z trybem Blackout nie zrewolucjonizuje gatunku, tak trzeba przyznać, że sprawnie wykorzystuje elementy funkcjonujące już na rynku i z powodzeniem je ulepsza, kładąc spory nacisk na wygodę. Począwszy od samego wejścia na mapę (skafander pozwala dostać się w dowolne miejsce na mapie przy odpowiednim wybraniu punktu zrzutu) poprzez zarządzania ekwipunkiem aż po automatyczne zakładanie podnoszonych akcesoriów do posiadanych broni (można je później poprzekładać ręcznie). Nie wspominając nawet o tym, że znajdowane pukawki już mają załadowany magazynek, więc nie trzeba tracić cennych sekund na przeładowywanie (co czasem potrafi uratować życie). Warto również zwrócić uwagę na fakt, że w BR znani z tradycyjnego multiplayera specjaliści trafiają na ławkę rezerwowych. Gracze desantują się z helikoptera wyposażeni jedynie w skafander i własny intelekt, co nie oznacza, że specjalne umiejętności zostały całkowicie wyłączone z rozgrywki. Co to, to nie! Stanowią jeden z możliwych łupów, rozrzucone po mapie w postaci niewielkich, zielonych skrzynek. Chcecie wiedzieć kiedy ktoś do was celuje, albo macie ochotę na dodatkowe 100HP? Wystarczy poszukać! Brak konieczności użerania się ze średnio intuicyjnym menu (znów palec wędruje w stronę PUBG) powitałem z radością, a automatyczne przypisywanie podnoszonych przedmiotów do przewidzianych dla nich miejsc pozwala szybko rzucić się w wir akcji. A tej nie brakuje- zazwyczaj w pierwszych wymianach ognia brałem udział w maksymalnie minutę po wylądowaniu, a przy tym odpowiedniej wielkości mapa nie zmienia Blackout w chaotyczną strzelankę. Akcję przeplatają chwile wyciszenia, pozwalające na przegrupowanie i podleczenie. Nigdy nie trwają jednak tyle, by zdążyć poczuć nudę.

Treyarch zdaje się dbać o utrzymywanie wysokiego poziomu adrenaliny poprzez dodanie do BR zombie. Jest to bez wątpienia interesujące posunięcie, które nie tylko otwiera nowe możliwości taktyczne, ale też umożliwia zgarnięcie najlepszego lootu w grze. Chcecie położyć ręce na Ray Gunie? No to lepiej wypatrujcie strzelającego w niebo strumienia światła zwiastującego obecność żywych trupów oraz niezwykłych broni. Prowadzi to do emocjonujących potyczek między zombiakami a graczami oraz do drastycznego spadku populacji na mapie. To oraz charakterystyczna dla serii przyjemność z samego strzelania sprawia, że beta zapewniła mi masę frajdy. Nawet jeśli nie wygrywałem, to odczuwałem wyraźny syndrom jeszcze jednej rundy, który swego czasu udzielał mi się tylko przy „Battlefieldzie 1”.

Nie oznacza to jednak, że sama gra jest pozbawiona wad. Na pierwszy plan wysuwa się tutaj oprawa graficzna, stojąca na niższym poziomie niż w przypadku testowanego kilka tygodni temu multiplayera. Choć oczywistym jest, że zmiana ta jest konieczną ofiarą utrzymania płynności rozgrywki, tak tekstury miejscami naprawdę kolą w oczy. Dochodzi do tego okazjonalne zerwanie połączenia z serwerem, skutkujące wylądowaniem w menu. Co ciekawe – większej ilości glitchy czy bugów nie uświadczyłem pomimo spędzenia w grze dobrych kilku godzin. Co w przypadku testowania wersji beta nie jest tak oczywiste. Największym problemem Blackout, od którego Activision raczej nie ucieknie jest jego cena. Podczas gdy Battle Royale jest dominowane przez darmowego „Fortnite” oraz depczącego mu po piętach PUBG (wydatek około 65 zł), tak „Call of Duty: Black Ops 4” to koszt rzędu 240 zł na PC i 270 na konsole. Nie wspominając nawet o cenie przepustki sezonowej, za którą zdecydowano się zamknąć wszelkie przyszłe DLC (koniec z możliwością kupowania ich osobno). Choć nie ulega wątpliwości, że tegoroczny CoD rozejdzie się jak świeże bułeczki, tak obwoływanie go „zabójcą Fortnite” jest zdecydowanie przedwczesne. Jeśli Activision będzie się upierało przy tych rozwiązaniach, to już kilka tygodni po premierze gracze znudzą się nową zabawką i wrócą na znany sobie teren.

Muszę przyznać, że „Call of Duty: Black Ops 4” zaskoczył mnie bardzo pozytywnie tak w zakresie tradycyjnego multi, jak i Battle Royale. Spodziewałem się skleconego byle jak i upchanego do gotowej gry trybu żerującego na popularności gatunku, a otrzymałem solidny produkt przy którym spędzę wiele godzin. Ze zdumieniem muszę przyznać, że tym razem czekam na CoD w równym stopniu co na BFV… i tym bardziej cieszę się, że premierę tego drugiego odłożono na drugą połowę listopada. Jeśli zastanawiacie się czy warto sięgać po tasiemca od Activision – ze spokojnym sumieniem stwierdzam, że tak. Wstrzymałbym się jednak z kupnem przepustki sezonowej przynajmniej do momentu ogłoszenia co dokładnie się w niej znajduje.