Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Konsole

Call of Duty Black Ops 4 – wrażenia z zamkniętej bety

Przy wydanym w zeszłym roku „Call of Duty: WWII” spędziłem zdrowo ponad 20 godzin i muszę przyznać, że bawiłem się naprawdę dobrze. Owszem, przestarzały silnik kuł w oczy, podczas gdy trzy mapy z jakimi startował mój ulubiony tryb – Wojna – poznałem na wylot, ale nie zmieniało to faktu, że ramię w ramię z kumplem zaliczyliśmy przy tej grze kilka wypełnionych świetną zabawą wieczorów. Powrót do korzeni serii był dobrym posunięciem i właśnie dlatego do doniesień na temat „Black Ops 4” podchodziłem ze sporym dystansem, żeby nie powiedzieć nieufnością. Zamkniętej becie tegorocznej odsłony „Call of Duty” poświęciłem sporą część pierwszych dwóch weekendów sierpnia i choć nadal pozostaję wobec niej sceptyczny, nie mogę zaprzeczyć, że gdy już trafił się mecz bez bugów i spadków płynności, bawiłem się nieźle.

Zawartość udostępnioną podczas zamkniętej bety „Black Ops 4” w telegraficznym skrócie można opisać znanym wszystkim ślubnym przesądem: coś nowego, coś starego i coś pożyczonego. Tegoroczna odsłona serii, a przynajmniej tryb dla wielu graczy, stanowi interesujący zbitek elementów obecnie dominujących na rynku gier wideo, tych wziętych z poprzednich części „Black Ops” oraz rzeczy całkowicie nowych dla serii. Właśnie to ostatnie okazało się być najciekawsze dla mnie jako gracza, który z przerwami towarzyszy „Call of Duty” od pierwszej części, a co jednocześnie może okazać się punktem zapalnym w nastawionej na szybką akcję społeczności graczy. Siadając do kolejnej odsłony jednego z najbardziej dochodowych tasiemców branży, gracze doskonale wiedzieli czego się spodziewać. Nawet jeśli twórcy dorzucali tu i ówdzie drobne urozmaicenia, tak charakter CoD pozostawał niezmienny. Szybka, widowiskowa akcja, TTK dający przewagę graczom o błyskawicznym refleksie i bronie pozbawione odrzutu. Nieco nieufny w stosunku do zapowiedzi o bardziej taktycznym charakterze tegorocznej odsłony usiadłem do testów i… szybko przekonałem się, że tym razem warto pomyśleć nad tym co się robi.

Ten taktyczny element rozgrywki (choć nie czarujmy się, „Black Ops 4” daleko do realizmu „Squad”, czy „ArmA”) stanowi właśnie coś nowego. Począwszy od trybów rozgrywki, a na ręcznym zarządzaniu zdrowiem skończywszy, Treyarch postanowiło zasugerować graczom, że współpraca jest niezbędnym elementem rozgrywki. Choć w TDM (w tej części słusznie przemianowane na Chaos Team Deathmatch) dalej gracze biegają bez większego ładu, tak w pozostałych trybach wyraźnie czuć przewagę drużyn będących w stanie zsynchronizować specjalne umiejętności wybranych postaci. Szczególnie widać to w dwóch nowych trybach, Kontroli i Napadzie. Choć pierwszy z wymienionych to wariacja na temat Dominacji, gdzie drużyny walczą o kontrolę nad dwoma punktami, korzystając ze wspólnej puli odrodzeń (co skłania do większej ostrożności przy szarżowaniu; nikt nie chce być balastem dla drużyny). Napad, udostępniony podczas drugiego weekendu testów żywo przypomina rozgrywkę z CS:GO, gdzie gracz na początku rundy otrzymuje pistolet i trochę pieniędzy na rozruch. a celem zabawy jest złapanie torby z pieniędzmi i dotarcie do spawnujacego się punktu. Pierwsza drużyna z czterema wygranymi rundami zwycięża całość. Co ciekawe, w trybie tym można „podnosić” współgraczy, a każdy ma tylko jedno życie. Jeśli zdarzy wam się zginąć, resztę rundy możecie co najwyżej sobie obejrzeć.

Tutaj docieramy do elementów pożyczonych. Tegoroczne „Call of Duty” wykonało zwrot w kierunku tytułów obecnie dominujących na rynku sieciowych strzelanek. Inspiracja „Overwatch” i „Rainbow 6: Siege” jest oczywista, nie wspominając o nadciągającym trybie Battle Royale. Każdy ze specjalistów dysponuje unikalnym zestawem umiejętności i choć nie wszystkie zdają się być odpowiednio zbalansowane (Crash jest praktycznie bezużyteczny), tak świadome korzystanie z atutów potrafi zdziałać cuda. Nie do pogardzenia są możliwości rozstawienia dodatkowego punktu odrodzenia, czy aktywacja robota K-9 działającego jako ochroniarz, zwiadowca i bardzo skuteczny zabójca. O ile w poprzednich odsłonach łut szczęścia lub jeden świetny gracz potrafił zdecydować o zwycięstwie, tak tutaj podobne sytuacje są znacznie rzadsze. Bezładny szturm na umocnione pozycje, ochraniane zasiekami oraz radioaktywnym polem potrafią bawić, jeśli to akurat jesteście po stronie obrońców, ale też ogromnie frustrować, jeśli to wy rozbijacie się o tak ustawiony mur. Natomiast pod kategorię czegoś starego podpadają udostępnione w becie mapy. Cała szósta to standard w wykonaniu Treyarch. Małe, z grubsza podzielone na trzy linie ataku i nasycone kolorami. Choć żadna z nich nie zapadła mi w pamięć, tak na ich korzyść przemawia to, że w porównaniu do „WWII” znacznie ograniczono możliwość obozowania w trudniej dostępnych miejscach, co w ubiegłorocznej odsłonie miało regularnie miejsce.

Gdybym napisał ten tekst po pierwszym weekendzie testów, właśnie tutaj zacząłbym narzekania na całą gamę błędów technicznych i rwanych połączeń z serwerami. Rozegranie kompletnego meczu, podczas którego płynność animacji utrzymywałaby się na znośnym poziomie było wtedy rzadkością, a stabilność łącza pozostawiała wiele do życzenia. Między innymi dlatego cieszę się, że postanowiłem zaczekać na drugi weekend testów. Treyarch zdaje się wzięło sobie do serca bardzo krytyczne głosy fanów i zdecydowanie poprawiło stabilność gry, zapewniając znacznie płynniejszą rozgrywkę oraz nieco modyfikując balans zdolności oraz broni. Nie wspominając nawet o dodaniu trybu Napadu, który bardzo przypadł mi do gustu. Choć wciąż pozostaję sceptyczny względem pierwszej odsłony „Call of Duty” pozbawionej trybu dla jednego gracza oraz zamurowania DLC za przepustką sezonową, jestem przekonany, że miłośnicy potyczek online znajdą w „Black Ops 4” czego szukają. Pozostaje czekać do październikowej premiery i zaplanowanych na 10.09 testy trybu Battle Royale.