Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Konsole

Destiny: The Taken King, czyli tam i z powrotem


„Destiny” okazał się tytułem, który uświadomił mi, że nakręcanie się w oparciu o kilka przedpremierowych materiałów jest szkodliwe. Za sprawą dzieła Bungie jeździłem od miasta do miasta, by w pewnej sieci sklepów znaleźć pudełko z kodem dającym gwarantowany dostęp do bety. Po dwóch miesiącach gry zrezygnowałem. Czy premiera dodatku „The Taken King” jest dobrym powodem do powrotu?

 

***

Gdy Wieża odebrała sygnał S.O.S. z Phobosa, wszyscy zastygli w niedowierzaniu. Cabal wołał o pomoc na wszystkich dostępnych częstotliwościach, i to nie byle piechurzy, a zaprawiony w bojach legion Sky Burners, wśród Strażników nazywany Spopielaczami. Zwykle w ich przypadku sprawy wyglądały odwrotnie. Wystarczyło, by legion pojawił się w pobliżu ludzkich kolonii, a odsiecz przybywała, by dogasić płomienie. Tymczasem to twierdza Korusa wołała o pomoc.
Nie byłoby to aż tak podejrzane, gdyby wywiad przechwycił wiadomość słaną do innych legionów, ale w tym przypadku Cabal zdawał się nie przejmować, że zdradza położenie bazy każdemu, kto słuchał. Bardziej sceptyczni twierdzili, że to pułapka, nowy sposób na zwabienie i przetrzebienie ciekawskich. Wiadomość zignorowano, całość uwagi poświęcając nietypowemu zgrupowaniu floty Przebudzonych nieopodal pierścieni Saturna. Kiedy więc komandor Zavala w imieniu Awangardy wezwał Strażników do sprawdzenia sygnału, zgłosiłem się na ochotnika.
Teraz nie byłem taki pewny, że to dobry pomysł.
– Spróbuj znaleźć kogoś żywego. – Komenda obudziła Ducha, zawsze towarzyszącą Strażnikom sztuczną inteligencję, równie przydatną, co irytującą. – Tylko tym razem postaraj się zrobić to zanim zostaniemy otoczeni.
– To zdarzyło się tylko kilka razy. – Maszyna sprawiała wrażenie urażonej.
– Średnio raz na zadanie. Mam nadzieję, że aktualizacja oprogramowania zmieniła coś więcej, niż tylko syntezator mowy.
Ostrożnie przemierzałem zdradliwą powierzchnię księżyca, próbując nie patrzeć w przepaść rozciągającą się po lewej. Jeden krok i nawet ciężki pancerz nie pomoże. Im bliżej celu byłem, tym częściej trafiałem na ślady walki. Powierzchnia Phobosa poorana była pociskami różnego kalibru, lejami po wybuchach i trupami. Najdziwniejsze było to, że choć bardzo się starałem, to rozpoznawałem jedynie zwłoki legionistów. Porozrywane pancerze nosiły ślady trafień, które widziałem po raz pierwszy.
Nie powinienem czuć niepokoju. Jestem Tytanem z rasy Exo. Niepowstrzymaną siłą. Tymczasem każdy kolejny krok wydawał się trudniejszy. Jedyną otuchą był karabin maszynowy ciążący na plechach i nadal skanujący otoczenie Duch.
Nagle ze środka twierdzy wybiegło kilku legionistów, ale nie dotarli daleko. Wybuch czarnej energii pochłonął ich bez śladu. Ruszyłem biegiem, zapominając o ostrożności. Jeśli miałem jeszcze jakieś wątpliwości co do autentyczności wezwania o pomoc, zniknęły razem z żołnierzami.

***

Byłem jednym z graczy, którzy zrezygnowali z „Destiny”, gdy dotarło do nich, że po ukończeniu praktycznie nieistniejącej fabuły nie mają co robić. Pewnie, można było w kółko wykonywać te same zadania, tracić godziny i dni na zdobywaniu legendarnych engramów z których Cryptarch w Wieży wyciągnie jedynie zwykłe przedmioty. Jedyny sens dalszego grania tkwił w trybach PvP. Strzelanie do bliźnich jeszcze nigdy nie dawało mojej skromnej osobie tyle frajdy. Ale to wciąż było za mało w obliczu natłoku nowych tytułów. „Destiny” wylądowało na półce, a ostatecznie zostało sprzedane.

Mijały miesiące, a MMOFPS od Bungie nadal zajmował czołowe miejsce w zestawieniach najbardziej rozczarowujących gier. Pod każdym newsem dotyczącym tego tytułu znajdowało się przynajmniej kilku żartownisiów wklejających teksty w stylu „To jeszcze ktoś w to gra”? Dopiero doniesienia o nadciągającym rozszerzeniu „The Taken King” trochę ten trend odmieniły.

Bungie zdawało się słyszeć głosy niezadowolenia i próbowało coś z tym zrobić, wprowadzając szereg usprawnień. Działo się to zarówno w formie patchy, jak i przy okazji dwóch płatnych DLC. Rok po premierze, „Destiny” jest już bardzo blisko tego, czym powinno być od początku: wciągającą grą z urozmaiconymi zadaniami oraz o wiele bardziej łaskawym systemem nagradzania nowym sprzętem. W końcu też raczy graczy kawałkiem porządnej fabuły.

„The Taken King” zaczyna się świetnie wykonanym intrem, przedstawiającym bitwę między flotą rasy Awoken i tą tytułowego króla, Oryxa. Ten krótki kawałek animacji ma w sobie więcej treści niż główna linia fabularna „Destiny”. Taki trend utrzymuje się przez wszystkie misje dodatku, przeplatając się nie tylko przez kolejne filmiki, ale przede wszystkim w liniach dialogowych występujących w trakcie zadań. Dowódcy Awangardy (frakcji skupiającej trzech najpotężniejszych reprezentantów klas Strażników), czyli komandor Zavala, Cayde-6 i Ikora Rey wreszcie zyskali na charakterach. W szczególności ten drugi, głównie dzięki genialnemu Nathanowi Fillionowi, który użyczył głosu przedstawicielowi rasy Exo, co sprawiło, że złośliwe oraz lekko lekceważące komentarze brzmią autentycznie.
Podobnie sprawa ma się w przypadku samych zadań. Pierwotnie robione na jedno kopyto i składające się z podróży korytarzem oraz obrony przed hordą, gdy Duch hakuje komputer/drzwi, wreszcie zostały potraktowane z odpowiednią atencją. O ile ciężko wymyślić coś poza strzelaniem w grze, która głównie na tym polega, tak Bungie postanowiło dodać elementy platformowe oraz krótki kawałek skradanki, a to wszystko podlać delikatną grozą. Ciężką atmosferę daje się wyczuć już podczas pierwszej misji. Przemieszczamy się zdewastowanymi korytarzami bez napotykania na szczególny opór. Okazjonalna potyczka z dwoma/trzema przeciwnikami sprawia, że gracz pozostaje czujny, węsząc pułapkę za każdym rogiem. Jest to bez wątpienia świetne posunięcie i pozwala oderwać się od utartych schematów. Dodatkowym smaczkiem jest spojrzenie na znane graczom lokacje z zupełnie innej perspektywy. Kojarzycie wielki statek kolonizacyjny, stojący dumnie na środku Kosmodromu? Podczas jednej z misji będzie dane wam go zwiedzić i możecie mi wierzyć, widok zapiera dech w piersiach. Co powiecie na Vault of Glass, pierwszy i wysoko oceniany rajd? Jeśli ktoś nie zdołał go ukończyć, teraz będzie mógł zapuścić się do tej lokacji, a wycieczkę zwieńczyć dość emocjonującą walką.

Jednak największa niespodzianka czekała, gdy zawędrowałem do Cryptarchy z plecakiem pełnym engramów do identyfikacji. Koniec z ciągłą irytacją, gdy ciężko wyszarpane grze legendarne przedmioty na naszych oczach stają się bezużytecznym, przeciętnym złomem! Od teraz nawet rzadkie engramy mogą zostać zamienione na przedmioty, legendarne, albo materiał do craftingu. Rozczarowania w Wieży przeważyły w dniu, gdy po raz ostatni nośnik z „Destiny” opuszczał napęd PlayStation 4. Teraz zostały wyeliminowane.

Również PvP zyskał na jakości. Dodano kilka map, jak również wzbogacono całość nowymi trybami. Co powiecie na odmianę dominacji, gdzie punkty nie są przyznawane za fragi, a za przejmowanie i utrzymywanie kontroli nad obiektami? Albo tak zwany Rift, polegający na dostarczeniu „iskry” do bazy przeciwnika? Jeśli uważacie, że to mało, to powinniście wypróbować tryb Mayhem, gdzie granaty i umiejętności specjalne błyskawicznie się regenerują, zamieniając walkę w chaotyczną serię wybuchów i kolorów.

Jeśli dodać do tego zmiany wprowadzone w Strike’ach, to jak na dłoni widać, że Bungie wzięło się do roboty. Misje przeznaczone dla trzyosobowych drużyn, które pierwotnie kończyły się wielkim twardzielem pełniącym funkcję łapacza kul, teraz wymagają stosowania strategii, modyfikowanej odpowiednio do fazy walki. Bez zgrania, i dobrego sprzętu, może być ciężko.

Razem ze zwiększonym do czterdziestego poziomem doświadczenia Strażnika, jak również poziomem Światła (oznaczającego w gruncie rzeczy jakość ekwipunku) oraz zasypanie graczy nowym sprzętem (w ciągu pierwszej godziny gry moim Tytanem wymieniłem właściwie każdy skrawek broni i pancerza) „Destiny: The Taken King” gwarantuje dobrą zabawę na wiele godzin.

Chyba już nie muszę odpowiadać na pytanie ze wstępu do niniejszego tekstu. „The Taken King” dowodzi, że można było stworzyć grę, która spełniłaby większość pokładanych w niej nadziei. Jeśli, podobnie jak ja, zraziliście się kiedyś do tego tytułu, to warto dać Bungie drugą szansę. Szczególnie, że ta edycja została wzbogacona o całą wydaną do tej pory zawartością. Pozostaje jedynie żałować, że wydawca potrzebował roku oraz potężnej fali krytyki oraz masowego odpływu graczy, by zrozumieć i naprawić popełnione błędy.

***

Długo krążyłem po spustoszonej bazie legionu. Korytarze poorane były śladami po kulach, a pod ścianami i w miejscach szczególnie zaciekłego oporu leżały stosy ciał. Ktokolwiek uderzył na twierdzę Korusa, musiał być albo doskonale przygotowany, albo dysponować potężną bronią. Świadczyły o tym dziwne ślady eksplozji, zakrzywiające światło wokół miejsca uderzenia. Zupełnie jak gdyby części materii zostały wyrwane, pozostawiając po sobie jedynie ciemność.
Odgłosy walki wyrwały mnie z zamyślenia. Zamiast wypaść zza załomu korytarza, postanowiłem najpierw zorientować się w sytuacji i prawdopodobnie ocaliło mi to życie.
Ukryty za stosem skrzyń obserwowałem decydującą bitwę pomiędzy legionem a istotami wyglądającymi, jak gdyby ciemność ożyła i przybrała humanoidalną formę. Nie bacząc na straty, szturmowały naprędce sklecone umocnienia Cabalu. Legioniści prowadzili dość skuteczny ostrzał, kładąc napastników pokotem, ale przewaga była po stronie tych drugich. Nawet mimo krzyków przywódcy Spopielaczy, Primusa Ta’auna i jego dwóch braci, Valusa Mau’ual i Valusa Tlu’urna.
Z rosnącym przerażeniem patrzyłem, jak ożywiona ciemność pomnaża szeregi ani na chwilę nie przerywając szturmu. Piechurzy dzielili się niczym bakterie i w kilka sekund w miejscu, gdzie stała dziesiątka, pojawiała się dwudziestka. Cabal nie mieli szans i zdawali się o tym wiedzieć, ponieważ Mau’ual i Tlu’urn gwałtownie gestykulowali, wskazując znajdujące się za ich plecami drzwi. Ta’aun ani myślał się wycofywać. Wielki, przewyższający braci co najmniej o głowę i zakuty w ciężką zbroję prowadził ogień z ciężkiego karabinu maszynowego, co jakiś czas wykrzykując słowa zagrzewające do walki.
Kryjąc się jak ostatni tchórz z lekko już wysłużonym karabinem Trax Devotio III w dłoniach patrzyłem, jak pocisk ciągnący za sobą smugę ciemności trafia dowódcę legionu. Zdumiony obserwowałem, jak ten krzyczy, trąc wizjer hełmu, a następnie pada z ogromną dziurą ziejącą w napierśniku. Śmierć Primusa złamał morale obrońców. Ogień stracił na celności, a napastnicy już zaczęli przedzierać się przez umocnienia. Bracia Ta’auna chwycili zwłoki dowódcy pod ręce i odciągnęli je za drzwi, zostawiając resztki obrońców na pewną śmierć.
Musiałem stąd uciekać. Moim obowiązkiem było doniesienie Wieży o całej sytuacji. Musieliśmy się przygotować, bo to, że prędzej czy później będziemy na miejscu legionu nie pozostawiało wątpliwości. Duch ani na chwilę nie przestawał monitorować otoczenia i wyświetlać na HUDzie mojego hełmu odczytów. Te istoty były wszędzie.
– Przygotuj… – zacząłem wydawać komendę, ale maszyna nie pozwoliła mi dokończyć.
– Rozpocząłem procedurę ewakuacji – powiedział na wewnętrznym kanale. – Statek będzie czekał na lądowisku.
– Oznacz na mapie. – Gdy nawigacja wskazała miejsce za dobijającymi resztki legionu istotami, westchnąłem ciężko.
Zerwałem się do biegu. Zgodnie z przewidywaniami, przeciwnicy momentalnie mnie namierzyli. Tarcze wyłapały pierwsze strzały, ale nawałnica ognia szybko je przeciążyła. W pół kroku cisnąłem granat, posyłając szereg istot w powietrze, dając mi chwilę na złapanie oddechu. Wyskoczyłem wysoko, stabilizując lot za pomocą silników odrzutowych pancerza. Ostatnia nadzieja w łasce Wędrowca. Zebrałem wszystkie siły, gromadząc je w rękach. Uderzyłem, zalewając korytarz światłem i niszcząc ciemność.