Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Konsole

Final Fantasy XV (recenzja)

Na „Final Fantasy XV” trzeba było czekać przeszło dziesięć lat. Tytuł został ogłoszony w 2006 roku jeszcze jako „Final Fantasy Versus XIII”, część składowa „Fabula Nova Crystallis Final Fantasy XIII”. Siedem lat później, w 2013 roku, „Versus XIII” został przemianowany na samodzielną część nieco podupadającej serii i prace nad „Final Fantasy XV” ruszyły pełną parą. W związku z czym, pod koniec 2016 roku w ręce graczy trafił tytuł, który miał zadowolić tak weteranów serii, jak i osoby dopiero stawiające pierwsze kroki w świecie Chocobossów i postaci ze spiczastymi fryzurami.

W skórze Noctisa spędziłem przeszło pięćdziesiąt pięć godzin, wykonując dziesiątki zadań pobocznych oraz pokonując setki kilometrów i bez najmniejszych wątpliwości mogę napisać, że bawiłem się świetnie. Niestety, przez pierwsze kilka godzin nie było to takie oczywiste. Książę Noctis Lucis Caelum w towarzystwie trójki lojalnych towarzyszy (Gladiolus Amicitia, Ignis Stupeo Scientia i Prompto Argentum), wyrusza do miasta Altissia, gdzie ma się spotkać z  przyszłą żoną, Lunafreyą Nox Fleuret. Niestety, w wyniku awarii samochodu – Regalii – czwórka przyjaciół zalicza postój w Hammerhead, gdzie mieści się warsztat jednego z przyjaciół ojca Noctisa, Cida oraz jego wnuczki, Cindy. To właśnie tam bohaterowie dowiadują się o zdradzieckim ataku, do którego doszło w trakcie rozmów pokojowych między Lucis a Imperium Niflheim, w wyniku którego zabito Regisa Lucis Caelum CXIII, ojca Noctisa i siłą wzięto stolicę kraju, Insomnię. Rozdarci między chęcią zemsty a poczuciem obowiązku (małżeństwo Noctisa i Luny miało przypieczętować sojusz między tymi państwami), bohaterowie decydują się kontynuować podróż, uciekając przed wojskami Imperium i w miarę możliwości nękając wroga partyzanckimi atakami.

W teorii, fabuła ma wszystko, czego trzeba by wciągnąć graczy. Opowieść o poczuciu obowiązku, pragnieniu zemsty i podróżowaniu ramie w ramię z trójką przyjaciół to gotowa recepta na porywającą, dynamiczną historię. Dlaczego więc tych pierwszych kilka godzin zdawało się tak bardzo ciągnąć? Głównie ze względu na fakt, że FFXV choruje na przypadłość wielu gier z otwartym światem, a mianowicie natłok czynności w żaden sposób nie związanych z fabułą. Poprzednie odsłony serii (pomijając nieszczęsną trzynastkę) oferowały bardzo konkretne wprowadzenie, ograniczając możliwości eksploracji do terenów wokół kolejnych etapów podróży, by dopiero gdzieś w połowie gry wyposażyć gracza w statek powietrzny i umożliwić pełne zwiedzanie świata. Tyle, że do tego momentu opowieść budowała na tyle silną więź łącząca gracza z postaciami, że kolejne godziny spędzone na expieniu oraz szukaniu najpotężniejszych broni (czy innych Limit Brake’ów) były traktowane jako przystanki w drodze do potyczki z głównym złym. „Final Fantasy XV” z marszu rzuca gracza na głęboką wodę, tracąc nieco siłę rozpędu. Zamiast ruszyć za głównym wątkiem, ciągle miotałem się między polowaniem na potwory, szukaniem specyficznych kamieni dla Dino, a tropieniem nieśmiertelników zaginionych łowców. Nie byłby to jeszcze taki problem, gdyby owe zadania były interesujące. Niestety tutaj wychodzi największa wada piętnastki. Początkowe sidequesty są w zdecydowanej większości robione na jedno kopyto i ograniczają się do wycieczki w dane miejsce i skopaniu kilku tyłków. Od zadania do zadania, główny wątek rozmywał się pomiędzy wypełniaczami i podróżowaniem w Regalii. Było to tym bardziej irytujące, że sama opowieść jest interesująco napisana, co można w pełni odczuć dopiero w połowie gry, gdy wydarzenia nabierają takiego tempa i ciężaru, że niemal niemożliwym jest oderwanie od ekranu (może za wyjątkiem trzynastego rozdziału, który wydaje się być zdecydowanie za długi, przez co w pewnym momencie zaczyna nużyć). Należy tutaj zwrócić uwagę na dość odważny ruch ze strony Square Enix, które lwią część budowania postaci, czy lore świata gry oddzieliło od samej FFXV, serwując te elementy za pośrednictwem miniserii oraz filmu pełnometrażowego. Podczas gdy dostępny za darmo „Brotherhood: Final Fantasy XV” w świetny sposób ukazał charaktery oraz motywacje poszczególnych bohaterów, to „Kingsglaive: Final Fantasy XV” znakomicie buduje tło fabularne, pokazując wydarzenia z punktu widzenia członka Gwardii Królewskiej.

ff3

Sam udostępniony graczom fragment świata „Final Fantasy XV” jest imponujący i różnorodny. Od najeżonej skałami pustyni, poprzez lasy i wzgórza, aż po skute lodem pustkowie, z jednej strony pozwala na poświęcenie wielu godzin na swobodną eksplorację, ale z drugiej nastręcza sporych problemów z zapełnieniem rozległej mapy. Square Enix nie do końca sobie poradził z tą drugą kwestią. Spore fragmenty terenów w „Final Fantasy XV” są zwyczajnie puste. Brak przeciwników (pomijając okazjonalne zrzuty wojsk Imperium) i przedmiotów do zebrania sprawia, że eksploracja miejscami przypomina pozbawione sensu bieganie z punktu A do punktu B. Na szczęście, udostępniono graczom narzędzia znacznie ograniczające czas poświęcany na podróżowanie. Jednym z nich jest Regalia, kabriolet za pomocą którego można korzystać z szybkiej podróży, wygodnie rozsiąść się w fotelu i czekać aż SI dowiezie nas na miejsce, jak i samemu usiąść za kierownicą. Z jednej strony, brzmi to świetnie – duża, wolna przestrzeń, kabriolet i grupa przyjaciół. Czego chcieć więcej? Niestety jest to tylko proste podróżowanie po szynach, ograniczające gracza do naciskania jednego przycisku i trzymania go przez kilka minut. Byłoby to niesamowicie irytujące, gdyby nie świetny pomysł zaimplementowania do gry ścieżek dźwiękowych z poprzednich odsłon serii. Niesamowicie relaksujące odsłuchiwanie ulubionych utworów z takiego „Final Fantasy VII” z nadwyżką rekompensuje wszelkie niedogodności i dłużyzny. Ostatnim sposobem podróżowania w FFXV (jednocześnie moim ulubionym), są stare, dobre Chocobosy, z którymi związana jest chyba najciekawsza seria zadań pobocznych. Rozwijanie wiernych wierzchowców dodaje kolejną warstwę frajdy tytułowi, a jeśli dodać do tego wyścigi tych nieustraszonych stworzeń (jak i ich pomoc w walkach), otrzymujemy aktywność której poświęcić można całe godziny.  

Skoro można mieć zastrzeżenia do fabuły, jak i nieco pustego świata, to jak wygląda kwestia walki? Tutaj nie mogę do niczego się przyczepić. Przeniesienie tego elementu gry do czasu rzeczywistego okazało się być strzałem w dziesiątkę. Starcia są o wiele bardziej dynamiczne, a świadomość aktualnej sytuacji oraz rozmieszczenia przeciwników jest jeszcze ważniejsze niż do tej pory. Nie jestem w stanie zliczyć ile razy pozornie łatwa walka komplikowała się za sprawą nieoczekiwanego zrzutu żołnierzy Imperium, czy serii ataków zza pleców. Jest szybko, intensywnie oraz widowiskowo. Noctis może błyskawicznie przełączać się pomiędzy czterema elementami wyposażenia, korzystając ze sporego arsenału broni oraz zaklęć, dzięki czemu każdy znajdzie ulubiony zestaw. Początkowe zastrzeżenia do nowego systemu czarów, które najpierw trzeba samemu stworzyć, (korzystając z pozyskanej tak z przeciwników, jak i określonych punktów na mapie energii oraz katalizatorów) szybko ustąpiły miejsca frajdzie ze stosowania naprawdę dewastujących kombinacji, które bez najmniejszych problemów czyściły pole z przeciwników. Jeśli dodać do tego interesujące specjalne ataki przyjaciół Noctisa, otrzymujemy świetnie skomponowany system, gdzie nie wystarczy dusić jeden guzik, by rozłożyć na łopatki nawet największego przeciwnika. Osobnym tematem są tzw. summony, czyli charakterystyczne dla serii potężne istoty, zadające gigantyczne obrażenia wszystkim przeciwnikom w zasięgu. Również ten aspekt w „Final Fantasy XV” został odświeżony. Przejawia się to przede wszystkim za sprawą odebrania graczowi możliwości korzystania z ich pomocy w dowolnym momencie. Obecnie należy spełnić określone wymagania (co może oznaczać walka w pobliżu akwenów wodnych, ale również określoną długość starcia, a nawet częste zgony w trakcie jednej potyczki), by ową opcję uaktywnić.

ff1

Choć FFXV daleko do czołówki generacji pod względem grafiki, to widoki potrafią zachwycić, a dynamicznie zmieniające się razem z porą dnia i nocy oświetlenie świetnie buduje klimat. Należytą uwagę poświęcono również projektom postaci i przeciwników. Gdy na scenę wkraczają potężniejsi przeciwnicy, albo wspomniane wyżej Summony, towarzyszące temu detale potrafią zaprzeć dech w piersiach. Doskonałym przykładem jest Adamantoise, z którym pierwsze spotkanie spowodowało u mnie opad szczęki. Już dawno żaden przeciwnik nie sprawił, że czułem się przytłoczony samą jego obecnością. Chciałbym móc równie bezkrytycznie podejść do ścieżki dźwiękowej, co niestety nie jest możliwe. Obecność muzyki z poprzednich odsłon jest wspaniałym ukłonem w kierunku fanów, ale w porównaniu z nią ta z piętnastki wypada blado. Owszem, znajdzie się kilka naprawdę dobrych utworów, ale te najczęściej nam towarzyszące (podczas eksploracji, czy ta grana w mieście) szybko się nudzą. Nie pomaga temu fakt, że kolejne utwory potrafią być ucinane w miejscu, bez zastosowania jakiegokolwiek przejścia.

Czy warto było czekać na „Final Fantasy XV”? Zdecydowanie tak. Square Enix zaserwowało nam najlepszą odsłonę serii od lat i choć nie jest to gra doskonała, to potrafi wciągnąć bez reszty. Pomimo początkowych dłużyzn, tytuł nabiera tempa, a podróżowanie w towarzystwie Noctisa i spółki, wsłuchiwanie się w ich dialogi, czy obserwowanie ewoluujących relacji to źródło czystej frajdy. Nie bez wpływu na ogólną ocenę jest fakt, że po zakończeniu głównego wątku przed graczem otwierają się kolejne, jeszcze trudniejsze wyzwania w postaci serii wymagających lokacji. Zdecydowanie polecam ten tytuł wszystkim miłośnikom dobrych opowieści.