Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Film

Jason Bourne (recenzja)

Filmy z Jasonem Bournem w roli głównej uparcie trzymały się jednego schematu, wokół którego rozwijała się dość przewidywalna, naszpikowana akcją, fabuła. Mimo to, „Tożsamość”, „Krucjata” i „Ultimatum” utorowały sobie drogę do grona kultowych filmów sensacyjnych jako dość realistycznie ukazane thrillery polityczne. Czy po dziewięciu latach i średniej jakości spin-offie pod tytułem „Dziedzictwo Bourne’a” taka formuła ma jeszcze rację bytu?

Przez dziewięć lat, dzielących „Ultimatum” i „Jasona” świat drastycznie się zmienił. Media społecznościowe, cyberprzestępstwa, bezustanna inwigilacja oraz zdalne hakowanie elektroniki stały się nieodłącznym elementem życia w XXI wieku. Stare metody odchodzą do lamusa, a wysłużeni agenci ustępują miejsca młodym i zdolnym, którzy więcej czasu spędzają przed klawiaturą niż w terenie. Tymczasem Jason Bourne zniknął na długie lata, skutecznie ukrywając się przed byłymi pracodawcami. Co prawda już w przeszłości wymykał się dysponującej nieograniczonymi środkami CIA, ale w dobie smartfonów i Facebooka, gdzie niemal każde urządzenie jest wyposażone w kamerę, ucieczka przed takim molochem może okazać się niemożliwa. Czy podobne wątki już od dawna przewijają się w filmach, książkach i grach? Oczywiście, ale nie sprawia to, że stały się mniej aktualne. Z podobnymi zagadnieniami musiały zmierzyć się i inne ikony kina akcji. W czwartej części „Szklanej pułapki” John McClane musiał zmierzyć się z terrorystami planującymi zamach z wykorzystaniem komputerów. Podobne wyzwanie postawiono ostatnio przed Jamesem Bondem. Tym większa szkoda, że w czwartym filmie z Jasonem Bournem praktycznie nie wykorzystano tego potencjału. Zamiast tego, widz otrzymuje kilka luźno splecionych wątków. Od wykradzenia danych dotyczących tajnych programów CIA przechodzimy do śmierci ojca Jasona, rozgrywek zakulisowych w agencji, prób przeciągnięcia Bourne’a na rządową stronę, a gdzieś w tle majaczy wspomniana powyżej iluzja prywatności w sieci. Próba opowiedzenia kilku historii sprawiła, że film ślizga się po powierzchni wątków, ani jednemu nie poświęcając wystarczającej ilości czasu.

Zamiast opowieści o starzejącym się byłym agencie walczącym o przetrwanie w drastycznie zmieniającym się świecie, widzowie otrzymali kolejną, opartą na utartym schemacie część serii. Przypominające to z „Rambo III” otwarcie ukazuje Jasona jako człowieka rozdartego między obecną egzystencją (bo życiem nazwać się tego nie da), a jego naturą. Przez dziewięć lat trwał w stuporze, próbując przetrwać każdy kolejny dzień. Zarabiając gdzie tylko się da, pogrążał się w beznadziei. Oczom widzów ukazany zostaje człowiek złamany, który gdzieś zgubił iskrę widzianą w poprzednich latach. Dopiero gdy podczas jednej z nielegalnych walk dostrzega starą znajomą, Nicky Parsons (do roli powraca Julia Stiles), jego życie znowu zyskuje cel. Dręczony fragmentami wspomnień o ojcu, Bourne wplątuje się w następną aferę szpiegowską, stając przeciwko kolejnemu już szefowi CIA (ile to już zmian na stołkach w Agencji nastąpiło w skutek działań Jasona? Nie powinni być odrobinę bardziej ostrożni?) przy cichej pomocy jednej z agentek. Wygląda jak kalka scenariusza poprzednich filmów? Napisany przez Paula Greengrassa, Christophera Rousa i Matta Damona scenariusz jest dokładnie tym.

Choć zakończona w 2007 roku trylogia filmów z Bournem operowała podobnymi schematami, to wyróżniały się świetnie zrealizowanymi scenami akcji, jak i charyzmą kreowanych postaci. W przypadku „Jasona Bourne’a” to już nie wystarcza. Choć aktorzy wypadają wiarygodnie, to niewykorzystane wątki oraz zepchnięcie głównego bohatera na dalszy plan rażą. Matt Damon nie gra już pierwszych skrzypiec, pojawiając się jedynie wtedy, gdy ze scenariusza wynika konieczność podkręcenia akcji, by następnie zniknąć w tle. Aktor przez dwie godziny wypowiada raptem kilka zdań, by przez większość czasu wpatrywać się groźnie w rozmówców. Choć w poprzednich częściach też nie należał do gadatliwych, to tam odzywał się częściej, samodzielnie popychając akcję do przodu. Tym razem ciężar kierowania fabułą spadł na agentów CIA. Lepiej wypadają jego przeciwnicy, ze szczególnym naciskiem na nemesis Bourne’a. W tym przypadku, wendetta wymierzona w Jasona ma osobisty charakter, a wcielający się postać gotowego na wszystko agenta Vincent Cassel gra znakomicie. Nieco rozczarowująco prezentuje się Tommy Lee Jones, wcielający się w wierzącego w skuteczność za wszelką cenę dyrektora CIA, Roberta Dewey’a, skłonnego tłumaczyć dowolne naruszenie prawa koniecznością ochrony nie tylko USA, ale i świata. Niestety, Paul Greengrass nie wykorzystał w pełni umiejętności tego świetnego aktora, co poskutkowało stworzeniem dość przewidywalnej i jednowymiarowej postaci. Zostaje on szybko przyćmiony przez młodą Alicię Vikander, odgrywającą drapieżną oraz ambitną szefową działu CIA zajmującego się cyberprzestępczością, Heather Lee. Skupiona na celu i bezwzględna, na każdym kroku udowadnia, że wyposażona w komputer jest w stanie być równie niebezpieczna, co Bourne. Biorąc pod uwagę jej rolę w „Ex Machinie” nie powinno to nikogo dziwić…

Pomimo sztampowego scenariusza, film broni się scenami akcji oraz dynamicznym montażem. Choć „Jason Bourne” oferuje zauważalnie mniej pościgów i strzelanin od poprzedników, to te stoją na bardzo wysokim poziomie. Pościg pogrążonymi w chaosie ulicami Aten, czy demolowanie Las Vegas za pomocą opancerzonego wozu S.W.A.T. wypadają kapitalnie, a rezygnacja z wiecznie trzęsącej się kamery działa jedynie na plus. Choć minione lata odcisnęły na Bournie zauważalne piętno, to w żadnym razie nie umniejszyły jego formy. To nadal elektryzujące, polegające na praktycznych efektach kino akcji, wnoszące orzeźwiający powiew do obfitującego w CGI gatunku. Obrazu całości dopełnia tradycyjnie już świetna oprawa muzyczna, znakomicie podkreślająca wydarzenia rozgrywające się na ekranie.

„Jason Bourne” niestety nie przebił poprzednich odsłon serii. Zamiast porywającego i trzymającego w napięciu thrillera otrzymaliśmy konkretny film akcji, który wyląduje na półce po jednokrotnym obejrzeniu. Mimo to, pozostaje żywić nadzieję, że to jedynie przejściowa zadyszka i w kolejnych częściach (a, że te powstaną jest praktycznie pewne) Paul Greengrass powróci do formy z czasów „Krucjaty” i „Ultimatum”.