Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Film

Thor – między młotem a superbohaterem

Znani komiksowi superbohaterowi zaczynają się powoli wytwórniom wyczerpywać – Superman, Batman i Spider-man wiecznie żyć nie będą, ekranizowani byli (ale będą jeszcze raz), a i X-Menów też w końcu kiedyś braknie. Scenarzystom kazano zatem przejrzeć półki z komiksami z dziecięcych lat. A tam, obok plastelinowego młota, leżał sobie wyblakły już zeszyt z napisem Thor.

Thor to postać znana Amerykanom głównie z kart komiksów. Nam, Europejczykom, raczej z lekcji j. polskiego czy historii – kiedy to przedstawiano nam mitologię krajów skandynawskich. Bóg burzy, piorunów, zniszczenia, tudzież wielu innych strasznych rzeczy, to prawowity władca Asgardu i następcą Odyna, krainy bogów. Jego komiksowe alter ego szczyci się podobnym pochodzeniem i mocami, a w produkcji wyreżyserowanej Kennetha Branagha, pokazane nam są właśnie tego komiksowego Thora początki.

Nowy film o superbohaterze ze świata Marvela, nie bazuje jedynie na jednej historii znanej z komiksów, ale łączy w sobie kilka najważniejszych, przy tym wprowadza wątki i postacie znane z całego uniwersum. Dowiadujemy się, że nie wszystko kręci się wokół Ziemi, poznajemy Asgard, jego historię i dokonania, odkrywamy, że jest jeszcze siedem innych światów, inne rasy, a wśród nich Lodowi Olbrzymi, którzy są jednym z klocków tworzących całą tę historię. Wojna z nimi doprowadza to pewnych przetasowań na królewskim dworze, a następnie – do samej walki o tron. W to wszystko zgrabnie wpleciono TARCZĘ, organizację znaną z poprzednich filmów ze studia Marvel Comics oraz – ku uciesze fanów – parę nawiązań do Stark Industries.
Thor
Gdzieś w tym wszystkim przewija się wątek romantyczny – jest on stosunkowo mało eksploatowany w porównaniu do pozostałej części filmu. A szkoda, bo Natalie Portman przeżywa ostatnio w kinie swoją drugą młodośc, a jej gra względem Chrisa Hemswortha naprawdę cieszy oko i trudno jej cokolwiek zarzucić. Może w sequelu znajdzie się więcej czasu na miłość.

Scenariusz napisany przez J. Michaela Straczynskiego i Marka Protosevicha nie pozwala podczas seansu się nudzić, choć dla osób, które są zaznajomione z komiksem może wydawać się nieco przewidywalny. Patriotyzm jednak mówi mi, że nie wypada karcić za bardzo ludzi o polsko brzmiących nazwiskach.

Cały obraz, choć jest skończoną całością, wydaje się być dopiero wstępem do dużo większej historii. Rozwiązanie akcji następuje praktycznie dopiero w miejscu, gdzie właściwie prawdziwe przygody Thora w komiksach się zaczynają. Smaczku dodaje też scena po napisach końcowych, która tylko napędza oczekiwania wobec nie tyle kolejnej części, lecz mającego mieć premierę w przyszłym roku The Avengers.

Odziany w czerwoną pelerynę, srebrzystą zbroję i z wielkim, nieporęcznym, ciężkim młotem, nordycki bóg wkracza na ekrany kin na całym świecie. I trzeba przyznać, robi to z niebywałą gracją. Nowy film ze stajni Paramount Pictures to kawał dobrej zabawy, to kino akcji ze świetnymi efektami specjalnymi podane w lekkim, strawnym stylu doprawione szczyptą humoru. Nie jest to może poziom pierwszego Iron Mana, ale niewiele brakuje.

{youtube}JOddp-nlNvQ{/youtube}

 

Autorem recenzji jest Dawid Rydzek.