Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Komiksy

Grass Kings. Część druga – Matt Kindt i Tyler Jenkins

W drugim tomie „Grass Kings” wciąż czuje się atmosferę z pierwszego, ten pełen niepokoju i podejrzliwości klimat, niemoc bohaterów i obawę, że właściwie nie można nikomu – nawet bratu – ufać. Prowincjonalność, zaściankowość, oderwanie od wielkiego świata to hasła, które przywierają do refleksji czytelnika, ale mimo tego, że poziom i nastrojowość zostały tu zachowane, autor położył nacisk na zgoła odmienne kwestie

Wątek kryminalny się rozwija, ciągle rzucane są nowe tropy, protagoniści drążą i odkopują brudy sprzed lat, lecz sumarycznie chyba więcej w tym tomie pytań niż odpowiedzi. Co więcej, pojawiają się kolejne furtki, których otwarcie sprawiło, że Matt Kindt (scenarzysta) musiał się prawdopodobnie natrudzić, aby zawiązać je sensownie w wieńczącej trylogię części (zobaczymy w przyszłości, czy się udało). Środkowa część z kolei skupia się na relacjach między bohaterami, tym, co ich łączy i łączyło, jak budowane były poszczególne więzi i jaka mniej więcej panuje hierarchia w Królestwie Trwa, bo ta istnieje, pomimo tego, że to zakrawająca o liberalistyczną utopię osada.

Głos otrzymała wreszcie Maria, która stała się pełnoprawną protagonistką i wokół niej – niemal na równi z perspektywą braci – oscyluje narracja poszczególnych rozdziałów serii. Właściwie to ona popycha główną oś fabuły do przodu, wspomagana nieco przez Roberta i Bruca z jednej strony, i Ashura z drugiej. Za sprawą najmłodszego z braci, nie tracąc napięcia, udaje się również zaprezentować co ciekawszych mieszkańców enklawy – i trzeba przyznać, że twórcom udało się stworzyć wiele barwnych, niepretensjonalnych sylwetek, które zapewne odegrają jeszcze niemarginalne role w kulminacji wydarzeń. Ciekawym zabiegiem jest także pozwolenie czytelnikowi widzieć nieco więcej niż głównym bohaterom, ale jednocześnie nie zdradzając istoty tajemnicy – to znakomicie buduje napięcie i oczekiwanie na rozwiązanie cyklu.

Samo tempo akcji rozwija się raczej miarowo, lekko ospale, pozwalając konsekwentnie rozbudowywać świat, historię miejsca i bohaterów, ich motywacje oraz grzechy z przeszłości. Przede wszystkim komiks ukazuje w jaki sposób ludzie integrują się w społeczność, jak z „obcych” stają się „swoimi” – i jak za sprawą pewnego incydentu i cienia niepewności i podejrzeń ta zwarta niegdyś grupa zaczyna się dzielić, atomizować, ponownie stawać się kimś, kogo tak naprawdę się nie zna, a jedną z rzeczy, które do tego prowadzą są w tym przypadku tajemnice.

Całość domyka pastelowa, stonowana kolorystyka oraz oniryczne ilustracje. Warsztat Tylera Jenkinsa i praca z nałożeniem kolorów Hilary Jenkins to coś, czego nie spotyka się w pierwszym z brzegu komiksie, to przemyślane działanie, które ma oddać ducha scenariusza, tej konkretnej fabuły. Przez to pozornie niedbałe rysunki, gdzieniegdzie jakby niedokończone sygnalizują nam, że nie znamy tego świata w pełni, że układanka jeszcze nie została ułożona. Ale przecież ktoś, kto tak dobrze zna proporcje rzeczy, anatomie ludzkiego ciała i wcale dobrze radzi sobie z dynamiką ruchów musiał nadać warstwie wizualnej akurat taki charakter celowo.

Drugi tom „Grass Kings” ma więc wszystko to, co powinno znaleźć się w zmyślnie opracowanym komiksie kryminalnym z domieszką prowincjonalnego thrillera. Jest barwna społeczność, grupa potrafiąca się zebrać i dać reszcie świata jednogłośną odpowiedź; a przy tym tak różnorodna, że aż niespójna i wewnętrznie skłócona, nie do końca potrafiąca ze sobą rozmawiać. Jest wątek kryminalny i dobrze poprowadzona narracja, sprawiająca, że czytelnik trzymany jest w napięciu, dostaje co prawda poszlaki, prowadzące do kilku podejrzanych, chociaż właściwie nikogo bezpośrednio one nie wskazują, odbiorca za to wie doskonale, że wśród nich kryje się odpowiedzialny za to wszystko (tego narrator nie omieszkał zaznaczyć). Na koniec są indywidualne charaktery, nienachalnie wciśnięte i zaprezentowane w drodze rozwoju wypadków, i – nawet przy swej sporadycznej absurdalności – są one wiarygodne.

Nic tylko czytać. Szczególnie, że sięgając po ten komiks gdzieś z tyłu głowy wibrują przemyślenia i uczucia, jakie towarzyszyły podczas seansu „Trzech Billboardów za Ebbing, Missouri”.