Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Komiksy

Mike Richardson i Randy Stradley – Karmazynowe Imperium (recenzja)

„Legendy Gwiezdnych Wojen” były kiedyś kanonem uniwersum (oczywiście wtedy nie nazywały się jeszcze „Legendami”), dziś stanowią już raczej ciekawostkę, która jest zaledwie – nieistotnym dla świata przedstawionego filmowego cyklu – dodatkiem, cieszącym jednak równie mocno fana, jak wszystkie gadżety powiązane z „Star Wars”. A „Karmazynowe Imperium”, klasyczny już komiks, to prawdziwa gratka dla każdego miłośnika, rozbudowująca uniwersum i odkrywająca trochę tajemnic.

Gwardia Imperialna budzi respekt nie tylko dlatego, że stoi u boku najpotężniejszego człowieka w całym Gwiezdnym Imperium (czyt. Palpatine’a), ale przede wszystkim ze względu na swe niezwykłe umiejętności, na pokazanie których niestety zabrakło miejsca w filmach. Na szczęście w tym aspekcie z pomocą przychodzi rzeczony komiks, zabierający czytelników na tajemniczą planetę Yinchorr, gdzie znajduje się Akademia Gwardii Imperialnej, i to właśnie w niej śmiałkowie pragnący przywdziać czerwień muszą przejść przez szereg trudnych prób i morderczych treningów. Gdy szkolący się ukończy tam naukę, stanie się jednym z członków Gwardii, często spaczoną przez ich system, bezwzględną i posłuszną maszyną do zabijania.

Cornor Jax, dotychczas uznawany za jednego z najpotężniejszych wśród imperialnych gwardzistów, pewnego dnia zdradza swoich i sprowadza na nich zagładę. Nielicznym udaje się uciec z pogromu, a jest między nimi Kir Kanos, niezwykle posłuszny Palpatine’owi wojownik, który postanawia zemścić się na krzywoprzysięzcy. Jednak aby tego dokonać, musi sprzymierzyć się z odwiecznym wrogiem i z jego wsparciem zmierzyć się ze zdrajcą. Droga do celu nie będzie prosta, lecz determinacja i surowe postanowienie doprowadzą go tam, gdzie zamierzał, choć nieco okrężną drogą.

Scenariusz Mike’a Richardsona i Randy’ego Stradleya nie jest przesadnie skomplikowany, a zwrotów akcji w nim jak na lekarstwo, co nie zmienia faktu, że jako czysto rozrywkowe czytadło się nie sprawdza. To historia ciekawa, mająca w sobie parę interesujących elementów i nienajgorszych momentów, ale to jeden z licznych, pełnych dynamicznych scen i pojedynków utworów, których nawet w uniwersum „Gwiezdnych Wojen” niemało. Niemniej największą zaletą owego komiksu są motywy związane z przedstawieniem Gwardii Imperialnej, dotychczas bardzo sekretnego bractwa, budzącego czytelniczą ciekawość – tu została ona zaspokojona, i za to należą się brawa dla obu scenarzystów.

Jednak poza przyjemnym sztafażem – szczególnie jeżeli chodzi o Akademię – świat przedstawiony nie ma w sobie aż tak wiele plusów. Najmniej sprawdzają się tu bohaterowie, potraktowani po macoszemu – ich intencje i motywacje łatwe są do rozgryzienia, a rysy psychologiczne nie wliczają się w poczet rozbudowanych. W zasadzie ani Kir Kanos, ani Carnor Jax, ni żaden z rebeliantów z Phaedy, nie objawia jakiś wyjątkowych cech. Jedyne, co może tu cieszyć to odkrywanie tajemniczej przeszłości bohaterów, oraz fakt, że scenarzyści nie szafowali przesadnie ikonami uniwersum, które odgrywają tu rolę marginalną – Vader czy Imperator posiadają tu jedynie drobne występy.

Warstwa graficzna też nie jest rewelacyjna – chociaż Paul Gulacy starał się jak mógł, zgubił gdzieś niektóre proporcje, a jego kompozycji miejscami brakuje spójności. Na obronę ilustratora można powiedzieć, że kreska oddaje klimat uniwersum. Czego niestety nie można powiedzieć o doborze i balansie barw, bo Dave Stewart czasem puścił wodze fantazji, co nie wyszło komiksowi in plus, sprawiło natomiast, iż poszczególne sceny wydają się odrobinę karykaturalne.

Niemniej, poza tymi minusami, „Karmazynowe Imperium” to pozycja dla każdego, kto chce poznać kawałek uniwersum z pogranicza, lecz ma już jako takie doświadczenie z „Gwiezdnymi Wojnami” – inaczej czytanie komiksu mija się trochę z celem. Dla zaznajomionych zaś to opowieść o jednej z najbardziej tajemniczych organizacji w odległej galaktyce, która obnaża kilka sekretów na temat Gwardii Imperialnej. Słowem – drobna rzecz, a może ucieszyć.