Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Książka

Grimm City. Bestie – Jakub Ćwiek (recenzja)

Czego o Jakubie Ćwieku nie powiedzieć, potrafi on snuć ciekawe opowieści, nawet jeżeli w jego książkach czuć tzw. zmęczenie materiału. Szczęściem, druga odsłona zaplanowanej na pięć tomów serii „Grimm City” nie pozostawia po sobie takowego wrażenia, wręcz przeciwnie, jest pierwszą kontynuacją w twórczości głuchołaskiego pisarza, która podnosi poprzeczkę.

Grimm City nie jest zwykłym miastem. W ciemnych zaułkach i na ulicach slumsów kryją się historie mroczne niby piwnica psychopatycznego mordercy, prościej w nich znaleźć pomoc przy eutanazji, niż taksówkę. Niebo zakrywa urzekająca kołderka spalin i smoliście czarnych obłoków, od czasu do czasu siąpi ciężki, tłusty deszcz. W apartamentach bogatych dzielnic zaś toczy się życie pełne luksusu i przepychu, tam rozgrywają się partie, mogące zaważyć na przyszłości szarych mieszkańców, i raczej nikogo nie będzie obchodzić los zwykłych śmiertelników, gdy do stołu zasiądą lwy. Cóż się dziwić? Wszak to miasto Grimm, co wyrosło na truchle podłego olbrzyma.

Nie można odmówić temu miastu chandlerowskiego uroku – wyrazisty, ciężki klimat amerykańskiego wizerunku metropolii przełomu lat 20. i 30., z bogatym półświatkiem, modą okresu i swoistymi normami rodem z prohibicji, jest trochę podobny do klimatu Nowego Jorku, Chicago czy Baltimore. Jednak sama lokacja, choć w wielu punkach podobna i wręcz odzwierciedlająca niektóre części tych miejscowości, tak naprawdę wykształciła własną specyfikę, kompletną i zazębiającą się, bez zgrzytów i groteskowości (chyba że w drobnych elementach – widocznie zamierzonych).

Grimm nie jest wprawdzie spokojnym miastem, ale teraz na horyzoncie gromadzą się czarne chmury… Frazeologicznie rzecz ujmując, bowiem widoczne atmosferyczne są immanentną częścią metropolii. Na ulicach miasta robi się gorąco – w sądzie odbywa się jedna z najgłośniejszych spraw w historii, ale nie to sprawia, że strach poruszać się między przecznicami i wyjść do sklepu za rogiem. Niespodziewanie umiera głowa jednej z rodzinnych mafii – pakt w przestępczym podziemiu zostaje zerwany, szykuje się wojna gangów. Niemniej, to tło dla poczynań detektywa Evansa, tropiącego seryjnego mordercę, niejakiego Drwala, którego na celowniku ma też były bokser, Emeth Braddock, zwany Bestią.

Śledztwo, motor napędowy czarnego kryminału, prowadzone jest konsekwentnie, ale wiele tropów prowadzi donikąd, kolejne dowody nie wnoszą zasadniczo nic do sprawy, a gdy pojawia się iskierka nadziei, zostaje zgaszona przez ciężki, oleisty deszcz nietrafnych poszlak. Detektyw Evans mimo doświadczenia i pomocy długo stoi w miejscu, kręci się i szuka czegokolwiek, co mogłoby przybliżyć go do rozwiązania, niestety Grimm City zdaje się być przychylniejsze dla szumowin i zepsutych do cna, aniżeli tych, którzy mają strzec prawa. Jedynie samozwańczy obrońca uciśnionych, Bestia, wydaje się osobą, sukcesywnie tropiącą złoczyńcę.

Z powyższego opisu można by sądzić, że powieść wypełniona jest po brzegi dłużyznami, wciskaniem niepotrzebnych scen i w kółko wałkującego te same motywy – jest to jednak pozorne wrażenie. Ćwiek sprawnie prowadzi fabułę, nakierowując czytelnika tak, aby ten myślał, że przewidział kolejne sekwencje i, w zasadzie, finał. A potem „boom!”, zaskoczenie, „boom!”, zaskoczenie, suspens wycieka z najmniej spodziewanych miejsc, zaś tam gdzie się go można spodziewać wcale go nie ma. Struktura fabularna jest przemyślanie rozplanowana, utrzymana w spokojnym tonie wspomnianego już Chandlera, acz mająca wiele dynamicznych momentów i zwrotów intrygi.

Świat przedstawiony wysuwa się w utworze często na pierwszy plan, ale tak dyskretnie, Ćwiek rozwija go konsekwentnie – ukazuje relacje półświatka, przeróżnych grup społeczeństwa, wystawia poszczególnych przedstawicieli owych środowisk, a ta problematyka wcale nie jest pretensjonalna, lecz wynika z fabuły i kulturowych wzorców, przyjętych wartości i sposobu patrzenia na świat przez cywilizacyjnych okulary. Jest w powieści też miejsce dla aspektów religijnych, dość istotnych w zrozumieniu funkcji i sposobie działania miasta – słowem, zręczne połączenie baśni z procesami kształtującymi religię.

Sztafeta bohaterów prezentuje zindywidualizowane, barwne sylwetki, niosące za sobą historię, acz wnoszące także niemało do trwającej opowieści. Evans zostaje przez Ćwieka bardziej szczegółowo zarysowwany, pisarz wystawia nam jego wewnętrzne rozterki i życiowe problemy – wiemy, jakie kierują nim pobudki, co jest jego motywacją do działania. Posiada cechy negatywne (nałogi, niedobre przyzwyczajenia) i zalety. Niemniej, nie jest jedyną wielowymiarową postacią na kartach powieści. Bestia, nowy charakter, to przydomek połowicznie zgadzający się z naturą Braddocka, normalnie to całkiem sympatyczny facet, lecz kiedy się wkurzy rodzi się w nim prawdziwa… Bestia. Swoje miejsce znajduje w utworze również agent MacShane, ponownie sprawdzający się w przypisanej roli, chociaż bardziej interesująca wydaje się córka Braddocka, Bekka, wprowadzająca nieco zamieszania. Trochę gorzej wypadają niektóre postacie epizodyczne, bo ich zadanie w fabule nierzadko ogranicza się do tła dla poczynań protagonistów i dekoracji fabularnej.

„Grimm City. Bestie” nie powiela rozwiązań z poprzedniczki, a chociaż jest drugą częścią w cyklu w ogóle nie przejawia syndromu środkowego tomu. W zasadzie powieść, mimo że utrzymana w estetyce urban fantasy, fabularnie kurczowo trzyma się poetyki kryminału noir, gdzie zaangażowany czytelnik w każdej odsłonie powinien otrzymać satysfakcjonujące rozwiązanie wątków (nie pomijając oczywiście cech gatunkowych) – i ten utwór to spełnia.