Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Arcyważne, Komiksy, Recenzje

Recenzja: Diuna (2021)


W 2016 roku do kin trafiła niepozorna historia science fiction, opowiadająca o Pierwszym Kontakcie z perspektywy innej niż zazwyczaj pokazywana w holiłudzkich produkcjach – głównymi bohaterami byli naukowcy, próbujący się z kosmitami… porozumieć. O dziwo, nie każda obca cywilizacja biegle posługuje się współczesnym angielskim, podobnie jak nie każda na start chce ci zjeść mózg! „Nowy Początek” (bazujący na opowiadaniu Teda Chianga), bo to o nim mowa, okazał się produkcją nie tylko odświeżającą w kwestii spojrzenia na Pierwszy Kontakt, ale też zafundował widzom potężną bombę emocjonalną, w postaci jednego z najbardziej wzruszających zakończeń jakie kiedykolwiek widziałem. Od tego momentu postanowiłem śledzić każdy projekt w który zaangażuje się Denis Villeneuve. Ku mojej uciesze, reżyser podążył ścieżką ekranizacji wybitnych pozycji z gatunku science fiction, najpierw biorąc na tapet „Blade Runnera” (tu co prawda kontynuował ekranizację książki, nie samą historię z pierwowzoru, ale mniejsza o szczegóły), by następnie ogłosić, że przełoży na srebrny ekran „Diunę” Franka Herberta. Od momentu ogłoszenia „Diuna” stała się najbardziej oczekiwanym przeze mnie filmem.

Villeneuve obrał drogę, która jeszcze kilka lat temu wydawała mi się spełnieniem marzeń, czyli ekranizację niezwykle wierną literackiemu pierwowzorowi. O czym jednak przekonujemy się już na samym początku seansu, w przeciwieństwie do Davida Lyncha, Villeneuve zekranizował jedynie… pół książki. Jako osoba która śledziła wiadomości na temat tej produkcji nie byłem zaskoczony, choć obserwując reakcje w internecie i wśród znajomych widzę, że nie była to aż tak powszechna wiedza, jak sądziłem, i ujrzenie dopisku „part one” dopiero na sali kinowej, zszokowało wielu widzów. Biorąc jednak pod uwagę chęć jak najwierniejszego oddania oryginalnej historii i zamiłowanie Villeneuve’a do długich, majestatycznych ujęć, nie było innej możliwości, niż podzielenie materiału.

Decyzja ta jest jednak o tyle dziwna, że w pierwszej części książki… nie dzieje się zbyt wiele. To głównie ekspozycja i zawiązanie przyszłej akcji, więc nie wiem, w jaki sposób reżyser przekonał producentów do wydania setek milionów dolarów na film, który stanowi wstęp do właściwej historii. Być może skusiła ich wizja rozbudowanej franczyzy, jakie obecnie przynoszą największe pieniądze (szczególnie, że działo się to przed wybuchem pandemii), jednak wydaje mi się, że lepszym rozwiązaniem byłoby wymieszanie chronologii wydarzeń.

Jak wspominałem wcześniej, kilka lat temu oddałbym wszystko, za ekranizację tego typu (pamiętam, jak przy okazji premier kolejnych części „Władcy Pierścieni” miałem za złe Peterowi Jacksonowi zmiany w stosunku do oryginału, zamiast po prostu w pełni cieszyć się fantastycznymi filmami), obecnie jednak wolę, kiedy reżyser i scenarzyści biorą na tapet dane dzieło, destylują jego esencję i przekładają ją na język filmu w sposób twórczy. Jeśli znasz książkę Franka Herberta, „Diuna” Villeneuva nie zaskoczy cię niczym. W kilku miejscach zdecydowano się na przycięcie materiału, ale to właściwie jedyne zmiany. I choć z wierności książce czynię zarzut, tak nie będę w tym do końca konsekwentny – bardzo brakuje mi tu większej ilości czasu ekranowego dla rodu Harkonnenów. Pojawiają się oni w dosłownie kilku krótkich scenkach, jako karykaturalni złole i… właściwie tyle. Tak naprawdę nie wiemy dlaczego mamy ich nienawidzić, dlaczego mamy się ich obawiać, nie wiemy o nich nic. Są źli, bo walczą ze szlachetnymi Atrydami, nie dopytuj widzu, przecież widzisz, że mają złowieszcze stroje, groźne miny i stoją w deszczu przy niepokojącej muzyce. Czytając „Diunę” uwielbiałem rozdziały w których Baron Harkonnen wraz z Piterem de Vriesem układali kolejne złowieszcze intrygi, w ekranizacji mocno mi tego brakuje.

Mam też wrażenie, że Villeneuve tak bardzo skupił się na majestatycznych, pięknych kadrach, podkreślonych równie pompatyczną muzyką autorstwa Hanza Zimmera, że zupełnie zapomniał o bohaterach. Obsada jest znakomita, ciężko mi wyobrazić sobie lepszy casting, jednak prawie nikt nie dostaje tu okazji do zabłyśnięcia. Bohaterowie prezentują się fenomenalnie – kostiumy i stylizacje są perfekcyjne, ale nie ma w nich życia. Nie widzę w nich ludzi, jedynie figurki, którymi bawi się reżyser. Wyjątek stanowi tu grająca lady Jessicę Rebecca Ferguson, której udało się fantastycznie zniuansować swą postać. Widzimy cały szereg emocji który jej towarzyszy i nie mogę się wprost doczekać jej roli w kontynuacji. Ciekawie zapowiada się Javier Bardem jako Stilgar, ale… no właśnie, zapowiada się. W pierwszej części widzimy go raptem w dwóch scenach. Nieco życia na ekranie wprowadza Jason Momoa, który jak zwykle po prostu gra siebie (powoli bliżej mi do czterdziestki niż do trzydziestki, a w dalszym ciągu jak dorosnę, chciałbym być Jasonem Momoą).

Nie umiem sobie wyobrazić w jaki sposób do „Diuny” podejdą widzowie nie znający książki. Z jednej strony być może ich historia wciągnie mocniej, z drugiej jednak odnoszę wrażenie, że reżyser nie zapewnił tu żadnej treści. Kiedy zastanawiałem się co napisać w recenzji, moja percepcja filmu (początkowo byłem zachwycony) mocno się zmieniła – zdałem sobie sprawę, że wszystko co wiem o bohaterach filmu, wiem… z książki. Znam przemyślenia Paula, rolę Leto, intrygi Harkonnenów, itd., i po prostu ekstrapoluję je na bohaterów ekranizacji, ale tego wszystkiego w filmie nie ma! Przez cały seans chłonąłem zapierające dech w piersi widoki, cieszyłem się z wyłapywania kolejnych szczegółów z kostiumów, scenografii, itd., ale wszystko było zbyt wystudiowane, chłodne (i nie chodzi tylko o paletę barw), idealne, pozbawione życia w większym stopniu niż sama Arrakis. Od reżysera który przy okazji „Nowego Początku” zafundował mi najpotężniejszy ładunek emocji w kinie jaki czułem od czasu umierającego Mufasy, spodziewałem się więcej. Przez dużą część seansu towarzyszyła mi myśl, że lepiej będę się bawił oglądając dodatki dotyczące filmu w edycji blu-ray, niż w kinie. Kontynuacja została już oficjalnie ogłoszona, mam więc nadzieję, że przy okazji części drugiej otrzymam to, czego nie dostałem przy okazji części pierwszej. Na tę chwilę „Diuna” to podręcznikowy przykład przerostu formy nad treścią. Figury zostały już jednak rozstawione, pora na właściwą grę.