Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Recenzje

Recenzja: Hrabstwo Harrow, Czarna stodoła i Wszyscy moi bohaterowie to ćpuny

Ostatnio Mucha Comics pozostaje jednym z ciekawszych producentów popkulturowych treści, nie przestając serwować zbilansowanej diety komiksowej z opowieści o generalnie mrocznych odcieniach. Z tym, że na którekolwiek z poniższych trudno szczególnie narzekać.

Hrabstwo Harrow. Inna magia – Cullen Bunn i Tyler Crook

Szósty tom to dobra odskocznia po wydarzeniach z poprzedniej części, którą trudno nazwać do końca udaną. Wciąż wielkie wrażenie robią klimatyczne ilustracje i pomysłowe wyobrażenia rozmaitych stworów, ale i historia nie zawodzi – szczególnie, że ma też coś wartościowego do powiedzenia w sprawie przyjaźni, nietolerancji i wrogości wobec szeroko pojętej odmienności.

Do Emmy docierają niepokojące wieści. Leśny lud, którego przyrzekła strzec zaczyna się kryć i bać, ponieważ na ich terytorium pojawił się łowca, rozpoczynający polowanie na mieszkańców ostępów. W dodatku, dziewczyna musi się skonfrontować z dawną przyjaciółką, inaczej nie uda jej się rozwiązać nowego problemu. Jednak pewne niesnaski nadal mogą przeszkodzić we wspólnym działaniu.

Choć to wciąż przygoda, gdzie od czasu do czasu przewija się drobna intryga, to wiele akcentów zostało rozłożonych na relacje bohaterek (Emmy i Bernice), na wartość ich przyjaźni. Niemało motywów komiksu dotyka odświeżania, pielęgnacji i odbudowy więzi, przepracowywania błędów i przewin, poświęcaniu i akcentowaniu tego, że czasem warto włożyć wysiłek, przyznać się do niewłaściwych wyborów i porażek, wybaczyć, a być może zaowocuje to większym dobrem, niż skutek obojętności czy zerwania kontaktu. Bunn ten wątek bardzo dobrze poprowadził, nie zaniedbał niektórych kwestii i widocznie zrezygnował z efektowności na rzecz przedstawienia problemów w interakcjach między nastoletnimi przyjaciółmi.

Nie obyło się też od tematów, które na kartach cyklu były już podejmowane w mniej lub bardziej metaforyczny sposób. Niechęć do obcych, wrogość do innego, nietolerancja i ksenofobia wyobrażana na linii leśnych stworów a okolicznych mieszkańców. Obie strony zwykle nie potrafią się zrozumieć, odrzucają poznanie wartości i wzorce, a o jakimkolwiek dialogu nie ma co marzyć. Myśl o eksterminacji nierzadko kiełkuje jako pomysł na rozwiązanie problemu niechcianych sąsiadów – i niestety ludzie w tym wszystkim wypadają moralnie niekorzystnie.

Graficznie Crook utrzymuje poziom, budując odpowiednią, lekko klaustrofobiczną, trochę niepokojącą atmosferę. Nasycone, wyraziste, nierzadko kontrastujące ze sobą kolory na pastelowych planszach wyglądają po prostu dobrze, tworząc niepowtarzalny charakter komiksu – gdzie elementy fantasy sprawnie przenikają się ze stylistyką grozy.

Gideon Falls: Czarna stodoła – Jeff Lemire i Andrea Sorrentino

Jeff Lemire ze swą bujną wyobraźnią i warsztatem tym razem zabiera czytelników w gąszcz miejskich legend, paranormalnych zdarzeń i kultury ludowej. Jak zwykle oddaje w ręce odbiorców dzieło dopracowane.

W prowincjonalnym Gideon Falls schedę po zaginionym księdzu przejmuje znużony powołaniem pleban. Już pierwszego dnia odkrywa, co zabrało jego poprzednika, a jego życie nabiera rumieńców… Gdzieś w wielkim mieście niejaki Norton zajmuje się dość osobliwym działaniem – szpera w śmieciach, poszukując charakterystycznych, niepraktycznych już materiałów budowlanych. W międzyczasie własnymi doświadczeniami dzieli się z psychoanalityczką.

Obie historie pozornie są ze sobą niezwiązane, lecz w głowie utalentowanego Lemire’a wszystko się logicznie układa, a potem zgrabnie urzeczywistnia na papierze. Jednym z głównych atutów komiksu jest właściwie dobrze zaplanowana, przemyślanie prowadzona i zawiązująca się w odpowiednich, choć nieprzewidywalnych momentach. Scenarzysta bawi się konwencją, stosuje nieograne dla gatunku rozwiązania, które w większości się sprawdzają, trafiają w punkt, a w to wtłacza jeszcze elementy z miejskich legend i lokalnego folkloru.

A te – wykorzystane przez Lemire’a – budują ciekawy, gęsty i wręcz lepki klimat, choć wypada oddać to, że czuć wyraźną różnice między wielkomiejską dżunglą – gdzie akcja rozgrywa się w cieniu wieżowców, osnutych półmrokiem uliczkach i klaustrofobicznych, przytłaczających wnętrzach kamienic – a niemalże wiejskim nastrojem tytułowego Gideon Falls. W zaściankowej miejscowości udało się odtworzyć małomiasteczkowość, regionalne problemy, które zajmują prawie wyłącznie lokalnych mieszkańców.

Andrea Sorrentino w psychodelicznym, trochę niewyraźnym, rozmazanym stylu kreśli kolejne mniej lub bardziej niepokojące obrazy. Nadaje to opowieści mrocznego, przytłaczającego wyrazu, a czytelnik ma poczucie stłamszenia, osaczenia.

Wszyscy moi bohaterowie to ćpuny – Ed Brubaker i Sean Phillips

Choć „Wszyscy moi bohaterowie to ćpuny” osadzone są gdzieś na skraju uniwersum „Criminal”, a graficzna estetyka wyraźnie odbiega od poprzednich (wydanych u nas) dzieł Eda Brubakera i Seana Phillipsa – to po kilku stronach będzie wiadomo, że twórcy ponownie eksploatująca smutne strony ludzkiego życia. W dość intrygujący sposób.

Zafascynowana narkotykami i awangardowymi muzykami Ellie trafia na odwyk. W wysokiej klasy ośrodku poznaje Skipa, z którym szybko znajduje wspólny język – wkrótce zaś rodzi się między tą dwójką uczucie. Oboje sięgają po to, co stało za ich przybyciem do tego miejsca. Nietrudno się domyślić, że nie doprowadzi to do happy endu.

We „Wszyscy moi bohaterowie to ćpuny” uwaga koncentruje się przede wszystkim na Ellie, młodej dziewczynie cokolwiek doświadczonej przez los i świadomie dokonującej autodestrukcji ku chwale odurzonych artystów. Jej poszukiwania ulotnego szczęścia, sensu egzystencji, czegoś więcej prowadzą ją w przepaść – a ona naiwnie nie wierzy, że wreszcie wszystko jakoś się poukłada, wręcz przeciwnie od początku wróży sobie tragedię. Jednak mimo stosunkowo dopracowanego rysu bohaterka potrafi czytelnika zaskoczyć i mieć przed nim tajemnice. Jeszcze tylko jedna sylwetka – Skip – ma w sobie coś i została ciekawie poprowadzona, pozostali natomiast są poprawni i stanowią raczej ekspozycję dla perypetii Ellie.

Niewielka rozmiarem historia ma to do siebie, że wiele aluzji i elementów, odsyłających do innych dzieł twórców i (głównie) popkultury drugiej połowy XX wieku, może umknąć – zwłaszcza, że ta smutna opowieść o pożądaniu i namiętności (i do drugiej osoby, i do sztuki) jest potoczysta, płynna. Choć za tak nieskomplikowaną fabułą kryje się wiele treści dotykających używek silnie odurzających, no i niemałe miejsce zajmuje tu pytanie o wpływ narkotyków na kreatywność.

Sean Phillips postawił na oszczędną kreskę, nieszczegółowy rysunek, w którym czasem ledwie da się odczytać faktyczną istotę rzeczy (niedokładne rysy utrudniają rozpoznanie wieku i płci niektórych bohaterów), ale taki zabieg wydaje się uzasadniony jako że mówi o efemeryczności i kruchości, a także zaburzonej percepcji. Podobnie wygląda sprawa nałożonych przez Jacoba Phillipsa kolorów – psychodeliczna, ekspresyjna, pastelowa paleta barw to wyraz tego, w jaki sposób w świadomości zbiorowej utarło się patrzeć oczami osoby silnie odurzonej na świat. Wygląda to i sprawdza się w komiksie świetnie, taka przejaskrawiona kolorystyka zgrabnie kontrastuje z posępną opowieścią.