Kawerna - fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Recenzje

Recenzja: Najeźdźcy ze Scytii – Shem Phillips

Shem Phillips to jeden z tych projektantów gier planszowych, na których można polegać jak na Zawiszy. O ile nie jesteście zagorzałymi miłośnikami tytułów ociekających klimatem – to raczej nie ten adres, choć również sympatycy zerowej interakcji czy czystej ekonomicznej suchości mogą czuć się odrobinę nieswojo.

Nowa gra autora to tak naprawdę reimplementacja dobrze znanych i ciepło przyjętych w Polsce „Najeźdźców z Północy”, którzy od dłuższego czasu pozostają białym krukiem. Czy to oznacza, że nowa inkarnacja to coś w rodzaju odcinania kuponów? Tak i nie. Ale w obu przypadkach nie wynika z tego nic złego. „Najeźdźcy ze Scytii” to usprawniona, nieco zmieniona i wydana w innej szacie graficznej córka niedostępnego już tytułu. W tym sensie jak najbardziej może stać się łakomym kąskiem, dla tych, co od dawna polowali na poprzednią inkarnację. Jednak Shem zaoferował tu coś odświeżającego – i choć przede wszystkim to warstwa graficzna, to nie da się ukryć, że gra sama w sobie jest… świetna.

Co tak naprawdę jest piękne?

Odkąd gra została zapowiedziana podsycała konflikt między sympatykami a sceptycznie nastawionymi do nowej szaty graficznej. Sama oprawa nie była tu kością niezgody, lecz obrany styl – a właściwie artysta, którego prace można oglądać na kartach i planszach. Phillips często korzysta z usług Mihajlo Dimitrievskiego, którego warsztat z pewnością stał się jednym z najbardziej rozpoznawalnych wśród współczesnych gier planszowych, lecz w tym przypadku postanowił zlecić to… samemu sobie. Pomimo że wciąż z wyżej wspomnianym artystą współpracuje, a jego twórczość zdobi „Najeźdźców z Północy”. W grze „Najeźdźcy ze Scythii” efekt budzi kontrowersje. Jednego nie można jednak tej edycji zarzucić – braku czytelności.

Przejrzysta, wyraźna plansza z dobrze kontrastującymi elementami nie tylko sprawia, że całość jest bardzo funkcjonalna, ale nie traci przy tym w ogóle swoistego klimatu. A choć ocena tego, czy poprzednia edycja wizualnie była piękniejsza jest dyskusyjna, z pewnością nie można odmówić nowemu wydaniu uroku. Spójna graficznie, atrakcyjna i transparentna – tak można skwitować warstwę wizualną „Najeźdźców ze Scytii”.

Całość spina solidne, wytrzymałe wykonanie, uszlachetnienie na komponentach, a także to, że w tym przypadku – wbrew pozornie niewielkiemu pudełku – w środku znajduje się ogrom elementów: ciekawie wykonanych, budujących tematyczny nastrój i różnorodnych. Widać, że twórca stawia na kompaktowość i dbałość o to, aby nie tylko komponenty zostały precyzyjnie wykonane, ale i w sposób intuicyjny nawiązywały do tego, co reprezentują. W tym miejscu jak zwykle nie zawodzą symbole, które gracz szybko przyswaja, jak również kształt i wygląd drewnianych znaczników.

Najeźdźcy ze Scythii

Nie liczy się wygląd

„Najeźdzy ze Scytii” nie zostali wznowieni przypadkowo. To znakomita gra. Tak po prostu. Gracze wcielają się w tytułowych najeźdźców, otrzymują swojego wodza i starają się przygotować jak najlepiej na wyprawę, a po jej sukcesie otrzymują określone profity. Brzmi niby ciekawie, ale w sumie sztampowo? Tak tylko brzmi.

Tura gracza składa się wyłącznie z dwóch większych aktywności. Gracz wykłada swojego „robotnika” i wykonuje konkretną akcję. Następnie wybiera innego znajdującego się na planszy „robotnika”. I tak praktycznie przez całą grę. Istotą tego jest to, aby jak najlepiej zarządzać tym „jednym robotnikiem” – pozyskując nowe surowce. Właśnie one przynoszą graczom punkty i umożliwiają handel, leczenie, rekrutację, wzmacnianie drużyny etc. Wszystko, aby napędzać ten silnik coraz bardziej – aż do momentu, gdy na planszy pozostają wyłącznie dwie Wyprawy (misje) albo dwie wolne do Najazdu osady. Po tym każdy ma jeszcze jedną turę i następuje podliczenie punktów.

Wprawdzie jest to bardzo uproszczona wersja tego, co będą wykonywać gracze na planszy i choć nie jest to gra pełna przygód i przeżyć, które sprawiają, że czujemy się żądnym skarbów wodzem drużyny Scytów, ale gracz przepada, wciągnięty w ogrom oferowanych możliwości. Syndrom „za krótkiej kołdry” ponownie powraca, a próba osiągnięcia i zrobienia wszystkiego, co tylko przyniesie nam korzyści – podobnie jak w innych grach Phillipsa – wciąż przynosi wielką satysfakcję. A subtelny element niepewności – zastosowany podczas Najazdów za pomocą rzutu kości – czyni z gry wyjątkową wśród euro. Takie rozwiązanie niewątpliwie urozmaica rozgrywkę i zwiększa regrywalność, która i tak jest wysoka, ponieważ nie ma tu oczywistych ścieżek do zwycięstwa. Choć ta losowość może nie przypaść do gustu miłośnikom pełnej kontroli.

Najeźdźcy ze Scythii

Mam już Zachodnie Królestwo, to chyba nie dla mnie?

Niekoniecznie. Właściwie ta gra ma się tak do trylogii Zachodniego Królestwa, jak prawie „Architekci” do „Wicehrabiów”. Są meeple, są akcje worker placement, ale tak w istocie to dwie zupełnie różne gry. Co prawda „Najeźdźcy ze Scytii” mają jeszcze mniej wspólnych niż dwóch wyżej wspomnianych, ale z pewnością nie są to gry tak silnie korespondujące, żeby odpuścić sobie którąkolwiek z nich… Tak, bycie fanem Phillipsa ma dużo zalet. Na przykład odkrywanie mnóstwa dobrych gier.

Szczególnie, że to tytuły zwykle znakomicie się skalujące. Co więcej, solo gracze także znajdą tu coś dla siebie, bowiem i w tym przypadku zastosowano intuicyjny, niewymuszony i wymagający (nie w sensie zasad, lecz „rywalizacji”) wariant solo. „Najeźdźcy ze Scytii” podobnie jak „Architekci” przy większej liczbie graczy otwierają nowe pole – gra w ogóle nie traci, nie robi się o wiele ciaśniej – i chyba jedynym minusem jest czas oczekiwania na swoją kolej (różny w zależności od: liczby graczy i stylu gry).

A fakt, że zasady zostały napisane w sposób przejrzysty, zrozumiały i zwięzły sprawia, że sięgnąć po grę mogą początkujący, jak i zaawansowani gracze, bowiem rozgrywka na poziomie złożoności zasad nie jest wcale trudna. Z kolei spoglądając na nią przez pryzmat możliwości, sposobu zarządzania zasobami i tego, jakie kombinacje można uzyskać – nikomu nie będzie wstyd zaproponować tej gry na wieczór z bardziej wymagającymi tytułami.

„Najeźdźcy ze Scytii” oferują wiele, za tak niewiele. Słów tych używam w pełni poważnie. Jeszcze chyba nigdy nie spotkałem się z tym, aby w tak ergonomicznym, zgrabnym pudełku znajdowało się tak wiele (zarówno fizycznie, jak i twórczo intelektualnie) za tak przyzwoitą cenę. To nie promocja gier planszowych, to nie odprysk poboczny – to Shem Phillips. Precyzja, wysoka jakość i gwarancja dobrze spędzonego czasu – jako gracz z przyjemnością poświęcę go bardzo dużo, aby cieszyć się grami jednego z najciekawszych współczesnych twórców. „Najeźdźcy” to kolejna perełka, której nie zamknę w gablotce – będzie częstym gościem na stole.

 

Grę planszową „Najeźdźcy ze Scytii” Shema Phillipsa

oraz wiele innych gier, komiksów, książek czy gadżetów

znajdziecie w sklepie Gandalf.com