Kawerna - fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Arcyważne, Wywiady

Fandom jest… jak grzybnia! – wywiad z Tomaszem Pindlem

Głownie tłumacz z hiszpańskiego, ale i dziennikarz, reporter, obserwator, współprowadzący „Piątki z literatury” w RMF Classic, wykładowca na Uniwersytecie Jagiellońskim i autor książek zwykle non-fiction. Ostatnio postanowił zmierzyć się ze zjawiskiem fandomu (fantastycznego), napisał o nim książkę, o czym ze swadą opowiedział w poniższej rozmowie.

Adrian Turzański: Po raz pierwszy z fandomem fantastycznym zetknąłeś się – co ciekawe – nie w Polsce, lecz w… Hiszpanii. Dopiero potem – jak wspominasz w „Historiach fandomowych” – miałeś do czynienia z polskimi fanami. Ale chyba nie od razu narodził się pomysł opisania tej społeczności?

Tomasz Pindel: Tak, to się bardzo w sumie ładnie ułożyło. Pojechałem w 2002 roku na barceloński Barnacon z Andrzejem Sapkowskim, pracowałem wtedy w Zespole Literackim (z niego wyewoluował potem Instytut Książki), trwał Rok Polski w Hiszpanii i właśnie jesienią ukazywał się po hiszpańsku pierwszy tom opowiadań o wiedźminie. „Ostatnie życzenie” można było kupić pierwszego dnia konwentu, spotkanie z Sapkowskim było drugiego, a czytelnicy już znali całość książki – to robiło wrażenie, widać, że machnęli lekturę przez noc. Przywiozłem sobie wtedy kilka książek, w tym „Krople światła” Rafaela Marína, udało mi się znaleźć wydawcę: był nim Wojtek Sedeńko i jego Solaris – i tak zadebiutowałem jako tłumacz oraz pojechałem na pierwszy w życiu polski konwent – Festiwal Fantastyki w Nidzicy.

To tam zdałem sobie sprawę, jak intrygującym środowiskiem jest fandom fantastyczny, przede wszystkim wrażenie robiło na mnie jego oczytanie i pasja, którą trudno znaleźć wśród innych czytelników. Potem miałem kontakty z niektórymi osobami z fandomu – na przykład, kiedy robiliśmy w 2005 roku festiwal POPLIT – z kimś porozmawiałem, coś przeczytałem, i okazało się, że to naprawdę ciekawe zjawisko społeczno-kulturowe. Ale fakt, nie pomyślałbym, żeby o nim pisać. Pomysł na książkę miał Szymon Kloska, obecnie z Krakowskiego Biura Festiwalowego, mocno stawiającego na Lema. I kiedy tylko się ze mną nim podzielił, długo się nie zastanawiałem.

A.T.: Od tej rozmowy musiała minąć zapewne chwila, nim zabrałeś się do pisania. Jak to przebiegało? Najpierw zbierałeś materiał, a potem napisałeś reportaż, czy starałeś się pisać na bieżąco bądź etapami (analiza pewnego aspektu i jego opracowanie)?

T.P.: Najpierw czytałem i rozmawiałem, za pisanie wziąłem się dopiero mając już zdecydowaną większość materiału. Ta książka dzieli się na dwie wyraźne części: historyczną i współczesną. Do tej drugiej konieczne były wyjazdy na Pyrkon i Polcon, stąd czerpałem czysto reporterskie elementy.

A.T.: Ale chyba szybko spostrzegłeś, że choć oba nazywa się konwentami, to już właściwie dwa nieco różne światy?

T.P.: No pewnie, Pyrkon to ogromna impreza popkulturowa po prostu, ale przecież widać wyraźnie konwentowe elementy, widać, że wyrósł ze środowiska. W ogóle Pyrkon trudno nazwać „światem”, to raczej „światy”…

A.T.: Zastanawia mnie, czy pojawił się na twojej drodze jakiś „odźwierny”, „przewodnik”, który wprowadził Cię do środowiska, oprowadził po nim i pozwolił się zorientować w sytuacji?

T.P.: W to środowisko bardzo łatwo wejść, nie miałem problemu, by znaleźć rozmówców. Ale tak, jest kilka osób, które otwierały przede mną drzwi. Na pewno Wojtek Sedeńko, od razu bardzo życzliwy idei oraz Wojciech Kajtoch, fandomowi znany jako spec od Strugackich, a przy okazji mój polonista z liceum: on wyposażył mnie w korpus tekstów teoretycznych. Do tego znałem parę osób z czasów POPLIT-u – i dalej poszło jak po łańcuszku.

A.T.: I nikt nie podchodził sceptycznie albo z widoczną obawą do tego, że osoba „spoza” środowiska chce zabrać się za opis fandomu?

T.P.: Hmm, no nie, w każdym razie nikt mi tego wprost nie powiedział. Sceptycyzm pojawił się wraz z zapowiedzią książki, kiedy to fandom dowiedział się, że ktoś mu nieznany wziął się za ten temat. Było sporo reakcji nieufnych, choć były też od razu głosy, że w sumie dobrze. No bo przecież na tym zasadniczo polega reportaż: pisze go ktoś z zewnątrz.

A.T.: Nie zdarzyło się, aby którzyś rozmówcy przedstawiając jakieś fandomowe wydarzenie opisywali go sprzecznie względem siebie? Podawali inne fakty, inne przyczyny, skutki…

T.P.: Pewnie, ale wiesz – kiedy rozmawialiśmy o przeszłości – a ona stanowi większą część treści książki, to nawet ostre niegdyś konflikty jawiły się jako coś minionego. Te skandale wokół Zajdla, czy jeszcze wcześniejsze wojny typu Parowski kontra Klub Tfurcuf, dziś często relacjonowane są wręcz z pewną nostalgią, a dawni oponenci bywają przyjaciółmi. Ale są też zadry, które zostają, żale, sympatie i antypatie, które nie przemijają.

A.T.: Co było dla Ciebie największym szokiem, gdy zacząłeś wgłębiać się w fandom?

T.P.: Hmmm… Nie było chyba szoków, natomiast temat okazał się szerszy, ciekawszy i bardziej zróżnicowany, niż można się było spodziewać. Chyba największe wrażenie robiły na mnie rozmowy, czasem to była godzinka, półtorej, ale z niektórymi przegadałem wiele godzin. Przy takich okazjach to już nie są wywiady, tylko rozmowy o życiu w ogóle. I to jest naprawdę ciekawe. Oczywiście w książce, siłą rzeczy, mieszczą się tylko kawałki tych rozmów.

Na pewno z pisania tej książki wyszedłem jako – jak to powiedział jeden dziennikarz – fan fandomu. Grzebałem w temacie sporo i coraz bardziej mi się to środowisko podobało. Nie żebym idealizował, wiadomo, ludzie są różni – ale bardzo mi się podoba takie zaangażowanie w kulturę, gotowość do działania, pasja.

A.T.: Udało Ci się dostrzec jakieś uprzedzenia, niechęci w środowisku?

T.P.: Oczywiście pojawiał się temat wewnętrznych animozji, podziałów czy to personalnych, czy to ideowych, niektórzy rozmówcy wskazywali na te podziały, żeby pokazać, że fandom nie jest idealny. Pewnie, że nie jest, ludzie zawsze jakoś się dzielą i spierają, ale fandom, w każdym razie jego część, wciąż hołubi przekonanie, że wszelkie światopoglądowe spory powinny zostać na zewnątrz.

A.T.: A w którejś z rozmów czułeś, że ktoś stara się coś ukryć, zatuszować jakiejś zjawisko, udawać, że go nie było, aby pokazać fandom albo siebie jako członka tegoż prawie wyłącznie w dobrym świetle?

T.P.: Oczywiście, to przecież normalna rzecz: zawsze opowiadając jakoś tam naginamy fakty, coś kreujemy. Tyle że ja nie szukałem skandali, obyczajowych smaczków itp., chodziło mi jednak o pewne procesy i fakty. „Historie fandomowe” nie są kroniką towarzyską, więc tego rodzaju sytuacje nie stanowiły większego problemu.

A.T.: Z niektórych relacji i rozmów – zamieszczonych w „Historiach…” – widać, że w fandomie różnie bywało i zdaje się nie wszystko udało się jeszcze przepracować. Gdy sam obserwowałeś środowisko i uczestniczyłeś w fandomowych inicjatywach, zauważyłeś, że niektóre niezbyt chlubne incydenty i sytuacje, o których wspominali twoi rozmówcy się dziś powtarzają?

T.P.: Oprócz klasycznych i dziś często już przebrzmiałych podziałów typu czytacze versus gracze, czy science fiction kontra fantasy, tudzież pokoleniowych, utyskiwań starych na młodych i vice versa, wydaje mi się, że właśnie światopoglądowe różnice są tym, co budzi największe emocje. Wielu członków fandomu chce, by środowisko to zostało ideologicznie neutralne. To raczej niemożliwe, ale w tej postawie przebija bardzo ważne przekonanie: w fandomie liczy się co innego, to grupa zbudowana wokół literatury, gier, komiksów, filmów – no kultury po prostu – i to pozostaje kluczowe.

A.T.: Może więc fandom mógłby podejmować się jawniej i częściej takich światopoglądowych tematów? Za sprawą pewnej fandomowej etykiety mogłyby wyjść z tego całkiem ciekawe, bodaj wręcz konstruktywne dyskusje… O ile, rzecz jasna, ta zdroworozsądkowa etykieta zostałaby zachowana.

T.P.: No ale chyba fandom to już robi. Ludzie ze środowiska prowadzą najróżniejsze dyskusje, jedne konstruktywne, inne nie, no ale przecież mówimy o wielkiej zbiorowości. Dla mnie jednak najciekawsze jest to, w czym fandom jest naprawdę mocny: kreatywność. Jak człowiek coś tworzy, to światopogląd i tak się w tym odbije.

A.T.: Nim na dobre zapoznałeś się z fandomem, słyszałeś o jakichś stereotypach na temat fanów, które potem okazały się nietrafione, może nawet mocno krzywdzące?

T.P.: No pewnie, wszyscy znamy te stereotypy… Najbardziej drażni mnie kojarzenie fanów z infantylnością, wiesz, że granie, przebieranie się czy czytanie „bajek” to rzecz niegodna dorosłych. Uff, jeśli dorośli mają tylko chodzić do biur i czytać gazety, to ja dziękuję… Drugi powszechny i mocno nietrafiony stereotyp to ten o fandomie jako o zbieraninie osób społecznie nieprzystosowanych. Pewnie, w tak licznej grupie znajdzie się wszystko, ale fandom jest wyjątkowo uspołeczniony, zorganizowany i aktywny. I otwarty.

A.T.: Ale były takie, które się sprawdziły?

T.P.: Hmm, tak, ten, że fani chodzą w czarnych tiszertach. Może niekoniecznie w czarnych, ale przecież chodzą!

A.T.: A dziś sam określiłbyś się fanem? Na Polconie powiedziałeś, że jeszcze nie. Od tamtego czasu trochę minęło, kilka konwentów. Twoja aktywność w środowisku – przynajmniej z mojej perspektywy – stała się zauważalna.

T.P.: Na Polconie powiedziałem, że nie, tydzień później na krakowskim ConFiction powiedziałem, że ponieważ w książce napisałem, że nie, to muszę być konsekwentny, a jeszcze tydzień później na Mieście Słowa w Gdyni poddałem się i powiedziałem, że tak, że jestem. Bo zdałem sobie sprawę, że jak najbardziej mieszczę się w mojej własnej definicji fana: pewne obszary fantastyki bardzo mnie obchodzą i trochę się na nich znam, a do tego w sumie ta moja książka jest działalnością związaną z fandomem – dwa plus dwa jest cztery: jestem fanem.

A.T.: Tyle że w jednym momencie – zapewne żartobliwie – określasz się fanem. Przy opisie spotkania z Bédu (dokładnie na stronie 200).

T.P.: Tak, to wszystko prawda, tak było. Na spotkaniu z autorem mojego ukochanego komiksu z dzieciństwa – „Hugo” – rzeczywiście wpadłem w fanowski trans i popędziłem po autograf. Mam ślicznego Hugona narysowanego w moim egzemplarzu. To było na Pyrkonie, atmosfera się udziela!

A.T.: Niby dopiero teraz czujesz się fanem, w jakiś sposób członkiem fandomu, ale fantastyka towarzyszy Ci od dawna… A przynajmniej wskazują na to doktorat, publikacje, przekłady… Co więc sprawia, że człowiek może nazwać się fanem (częścią fandomu)?

T.P.: „Fanowskość” w fandomowym znaczeniu odnosi się, w moim odczuciu, do kogoś, kto w ten czy inny sposób jest w środowisku, kto wychodzi poza samą kulturową konsumpcję. Może to być na odległość, albo sporadycznie, ale samo czytanie literatury fantastycznej czy nawet badanie jej nie czyni z człowieka członka fandomu. Choć fandom takich badaczy szybko dostrzega i często wciąga w swoje kręgi, to też bardzo ciekawa jego cecha.

A.T.: Z drugiej strony, wiele osób – np. Andrzej Sapkowski – silnie oddziałujących na fandom, tworzących fantastyczne inicjatywy i dzieła, odcina się od fandomu. Dobitnie mówi, że nie ma z tym środowiskiem żadnych związków i nijak nie identyfikuje się z nim jako członek…

T.P.: Gabriel García Márquez wielokrotnie powtarzał, że jego powieści to nie jest żaden realizm magiczny, tylko po prostu realizm, bo w Ameryce Łacińskiej takie rzeczy się dzieją. Tyle że w Kolumbii naprawdę nikt nie umie lewitować, latać na dywnie i nie ma epidemii bezsenności. Pisarze mają prawo mówić, co chcą, a my mamy prawo nie brać tego na poważnie. Więc jeśli Sapkowski mówi, że nie jest częścią fandomu, to ja mu nie wierzę – bo przecież zna jego obyczaje i instytucje, bywał regularnie i nadal bywa na jego imprezach i, jak mówisz, ma oddziaływanie na środowisko jak pewnie nikt inny. Oczywiście ludzie czasami się odcinają – zmęczenie, kwestie towarzyskie, zmiany priorytetów życiowych, normalna sprawa.

A.T.: Co w sumie nie oznacza, że przestają być fanami. Jakby się zastanowić, ktoś może nawet nie zdawać sobie sprawy z tego, że jest fanem. Bycie fanem może więc w pewnych okolicznościach nieuświadomione, mimo że – jak piszesz w „Fanomowych historiach” – zwykle większość środowiska wykazuje się wysoką samoświadomością tożsamości fanowskiej.

T.P.: Ach, chyba nieźle zabrnęliśmy w meandry analizy fanowstwa świadomego i nieświadomego! Fanem można być na wielu poziomach, można przecież wykazywać całą paletę zachowań czysto fanowskich, ale deklarować nieprzynależność do środowiska – i vice versa. Ale tak, fandom jest bardzo samoświadomy, ma silne odruchy autoregulacyjne i skłonność do namysłu nad samym sobą: zresztą sam zobacz, przecież my właśnie coś takiego robimy, dzielimy kwestię bycia-niebycia fanem na czworo jak nie szesnaścioro!

A.T.: Skoro czasem rozeznanie w tym kto jest fanem, a kto niekoniecznie, może – idąc tropem Małgorzaty Lisowskiej-Magdziarz – warto zastanowić się, czy może fandom nie jest subkulturą? Jakby nie patrzeć spełnia podstawowe kryteria zagadnienia – posiada pewną wewnętrzną ideologię, język (werbalny), ubiór, ekspresję, zespół wartości…

T.P.: To prawda, wiele elementów absolutnie się zgadza. Tylko że to chyba byłby jednak jakiś amalgamat subkulturowy, mający wspólne jądro, ale bardzo wiele różnych warstw i pól. Zobacz choćby na kwestię światopoglądu: fandom fantastyczny reprezentuje wszystkie możliwe podziały, jest w tym sensie odbiciem całego społeczeństwa. Nie jestem ekspertem, ale subkultury kojarzą mi się z pewną jednością na tym polu. Fandom to taka bardziej nakładka, albo ukryta cecha: ktoś jest CEO dużej firmy, ktoś dziennikarką, inny uczniem, a jeszcze ktoś inny pracownikiem fizycznym, aż tu nagle – trach! – zrywają maski, czytaj: jadą na konwent, lecą na premierę danego filmu czy kupują określoną książkę i wychodzi na jaw, że należą do wielkiej struktury… Fandom jest… jak grzybnia! Ukryty pod ziemią, gołym okiem widać tylko niektórej jego objawy.

No dobra, nieco mnie poniosło. Na swoją obronę mam to, że trwa przecież sezon grzybowy, bardzo mocno się wkręciłem.

A.T.: Nie wiem, czy dobrze zrozumiałem. Fandom jest w cieniu? Na co dzień prawie niewidoczny?

T.P.: Raczej: może być niewidoczny na pierwszy rzut oka. Bo u niektórych widzisz to od razu, ale w wielu przypadkach to wychodzi dopiero w wyniku nieco dłuższej rozmowy. Ta mykologiczna metafora bierze się raczej ze skojarzenia z czymś, co siedzi głęboko i szeroko.

A.T.: Tylko skoro fandom jest tak wielki, dlaczego media głównego nurtu tak rzadko zwracają na niego i jego działania uwagę? Myślisz, że chodzi o to, że aby go zrozumieć trzeba czasu i starań, a nie chwilowej, powierzchownej obserwacji?

T.P.: Fanów fantastyki nie widać, bo samej fantastyki nie widać. To w sumie dziwne, ale wciąż gdzieniegdzie utrzymuje się ten podział na „literaturę wysoką” i „gatunkową”, a zupełnie poważni ludzie nadal czasami wrzucają całą fantastykę do popkultury – przepraszam, czyli Lem i Dukaj to pop? Przecież podział na to, co wysokoartystyczne, a to, co tylko rozrywkowe, przebiega w poprzek podziałów gatunkowych. Ale to są pewne myślowe uzusy i niewielu znawców literatury mainstreamowej dokonuje czegoś takiego jak Paweł Dunin-Wąsowicz, który stwierdziwszy, że nic nie wie o fantastach, po prostu wziął i ich w trzy lata przeczytał. Inna sprawa, że fandom także często zamyka się na to, co na zewnątrz: te rytualne powarkiwania na tę nudną i przekombinowaną prozę głównego nurtu też są średnio zasadne. Proza mainstreamu bywa nudna i przekombinowana, tak jak fantastyka bywa wtórna i stereotypowa – ale przecież wszystkie nurty mają swoje arcydzieła i swoje gnioty.

Dodatkowo, fandom zajmuje się często rzeczami, które uznawane są „szerzej” jako niepoważne: w brydża to się godzi zagrać, ale żeby udawać, że się jest jakimś tam elfem czy innym takim? Dyskutować o polityce – proszę bardzo, ale spory na temat napędu czysto hipotetycznych pojazdów kosmicznych? Modny ciuch – pewnie, ale szyć sobie strój z jakiejś azjatyckiej kreskówki? To są echa zanikającego już – na dobre i na złe – podziału na to, co dorosłe, i to, co dziecięce.

I wreszcie tak jak mówisz: trzeba czasu, żeby wejść w tak rozbudowane środowiska.

A.T.: Czyli gdzieś tu pokutuje stereotypizacja obcego, próba oswojenie czegoś, czego się nie zna albo zna pobieżnie i nie do końca rozumie. Myślisz, że w przyszłości ta sztuczna granica całkowicie zaniknie? Że publikacje jak „Historie fandomowe” pozwolą przełamać stygmatyczne patrzenie na fantastykę i fandom?

T.P.: Wojciech Orliński, który w książce się pojawia, i z którym rozprawialiśmy o fandomie na gdyńskim Mieście Słowa, powiedział, że w sumie to mi zazdrości, że mogłem dać do tytułu słowo „fandomowe”, bo kiedy on lata temu zaczynał pisać o fanach, było absolutnie niemożliwe, by w mainstreamowym medium używać tak środowiskowych słów. Ewidentnie sporo się zmienia, przede wszystkim dlatego, że generalnie konsumenci kultury się fandomizują. To, co kiedyś było typowe tylko dla fanowskich freaków, dziś stanowi normalny element przeżywania tworów kultury. Choć oczywiście zawsze będą tacy, którzy odnosić się będą do fandomu z rezerwą i niechęcią, co o tyle nie powinno dziwić, że przecież w samym fandomie też jest sporo wewnętrznych podziałów.

Zatem chyba nie należy patrzeć w przyszłość z obawą.

No, to znaczy powodów do obaw na przyszłość mamy mnóstwo, ale akurat o sytuację fandomu bym się nie martwił.

 

sierpień-wrzesień 2019