Kawerna – fantastyka, książki fantastyczne, fantasy
MEDIA
Kategorie: Arcyważne, Film, Recenzje

Recenzja: Elden Ring

Gdybym miał określić mój stosunek do gier FromSoftware, musiałbym posiłkować się klasycznym – to skomplikowane. Premiera każdego nowego tytułu tego studia to powód do małego święta, a ja zatapiam się bez reszty w niesamowite światy pełne magii, niejasności oraz śmierci… aż do chwili, gdy frustracja bierze górę nad zachwytem i muszę zrobić sobie kilkudniowy odwyk, by nie rzucić grą w kąt. Ten cykl powtarza się tak długo, aż nie ukończę danego tytułu co najmniej dwukrotnie i choć przy „Elden Ring” nie było inaczej, to trochę inna formuła rozgrywki sprawiła, że na pierwsze zachwyty musiałem czekać nieco dłużej niż zazwyczaj.

Gry spod znaku Soulsborne przyzwyczaiły graczy do pewnego sposobu poznawania świata. Pewien poziom swobody w eksploracji oraz doborze bossów z jednej strony pozwalał nie czuć się jak pasażer na objazdowej wycieczce, a z drugiej nie pozostawiał wątpliwości co do dalszych kroków na ścieżce prowadzącej od śmierci do śmierci. To od gracza zależało, czy uda się do Katakumb czy Azylu w pierwszych Dark Souls. Zabierzemy się za Bestię bez ulepszeń w Bloodborne, czy może raczej zboczymy z trasy i odblokujemy możliwość zdobywania poziomów przed walką? Nawet stosunkowo liniowy „Sekiro” z 2019 roku w pewnym momencie nieco się otwierał, wychodząc poza liniowe ramy przynoszące na myśl klasyczne i genialne „Tenchu”. Tymczasem „Elden Ring” wykonał solidny zwrot ku otwartości świata, przyprawiając spore grono miłośników gier FromSoftware, w tym mnie, o zawrót głowy. Robi to tym większe wrażenie, że pierwsze pół godziny to standardowy wstęp do Soulsów, uczących podstaw w kontrolowany i w miarę bezpieczne sposób (swoją drogą, FromSoftware robi świetne samouczki przekazujące wiedzę, ale nie traktujące gracza jak debila)… po czym trafiamy na głęboką wodę, a Międzyziemie otwiera przed nami swoje podwoje i tak na dobrą sprawę możemy robić co chcemy. Co więcej, swoboda to nie tylko opcja, ale wręcz obowiązek, bo osoby nie mogące pochwalić się wybitnym talentem do parowania ciosów przeciwnika bez wypuszczenia się na wielogodzinne wycieczki po najgłębszych zakamarkach mapy zostaną niemal na pewno wprasowane w bruk przez pierwszego prawdziwego bossa.

Gdy szok minął i dotarło do mnie, że ta nowa formuła jest skrojona idealnie pod mój styl gry z poprzednich odsłon, gdzie z uporem maniaka próbowałem zdobywać przedmioty pozwalające na podnoszenie poziomu przymierzy w pierwszych i trzecich Soulsach, nierzadko spędzając bardzo dużo godzin w jednej lokacji, zacząłem czerpać frajdę z czasu spędzanego nad „Elden Ring”. Z tym, że zamiast biegania między ogniskiem a dziesięcioma przeciwnikami przez naście godzin, zwiedzałem bogaty i pełen niespodzianek świat. Międzyziemie stanowi dla nas wielką zagadkę. To strzaskana wojną kraina, której niegdysiejsze szczęście i bogactwo zostało pochłonięte przez bratobójczą walkę o spadek po królowej Marice zwanej Wieczną. Jako Zmatowieńcy wkraczamy w krajobraz po bitwie, zbyt późno by wziąć udział w konflikcie między Generałem Radhanem a Malenią Odciętą, ale akurat w porę, by doświadczyć na własnej skórze jego efektów. Zrujnowany świat, w którym łatwiej nadziać się na ostrze bandyty niż spotkać przyjazną duszę. Tworzy to niesamowitą atmosferę, w której gracz może zatracić się bez reszty, a przy okazji nie pozwala zapomnieć czyje ręce ukształtowały tę rzeczywistość. Międzyziemie zachwyca bogactwem krajobrazu. Od opanowanych przez potwory ruin, przez zapierający dech las, aż po ośnieżone pustkowia i skąpaną w czerwieni krainę – niezależnie w którym rejonie mapy się znajdziemy, „Elden Ring” potrafi zachwycić. Praktycznie każdy kadr, lokacja i przeciwnik to dzieło sztuki.

Spędziłem przy „Elden Ring” około sześćdziesiąt godzin, penetrując podziemia, wędrując po ogromnej mapie i pomagając innym graczom w starciach z bossami. Można spokojnie założyć, że w poprzednich Soulsach po tak długim czasie znajdowałbym się już na NG+ i szykował się do wbicia ostatnich osiągnięć, tymczasem tutaj nie jestem nawet blisko zdobycia pierwszego zakończenia. Widzicie, nowa gra od FromSoftware wciągnęła mnie na tyle, że chcę poznać ją od podszewki, zdobyć każde zaklęcie, broń, czy pokonać każdego bossa we własnym, niespiesznym tempie. I właśnie to najlepiej świadczy o jakości „Elden Ringa”. Gdyby porównać tę grę do przeciętnego tytułu AAA z ogromnym, otwartym światem (patrzę na ciebie, Ubisoft) mniej więcej na tym etapie odczuwałbym śmiertelne znużenie powtarzalną formułą rozgrywki i brnąłbym prosto do napisów końcowych. Tymczasem tutaj wciąż odczuwam ciekawość świata, kombinuję nad zmianami stylu rozgrywki, powoli odchodząc od tradycyjnej budowy opartej na sile i kondycji na rzecz magii, bardzo potężnej w Międzyziemiu. Ba, z radością witam kolejne dobre miejsce na grind poziomów postaci, nie przejmując się tym, że będę zbyt potężny dla następnego bossa. Co z tego, że zdejmę go na dwa strzały, jeśli on położy mnie jednym? To właśnie te uczucia są najlepszym podsumowaniem czasu spędzonego nad najnowszym dziełem FromSoftware. Ten otwarty, pełen niebezpieczeństw świat okazał się być naturalną ewolucją gatunku i na tę chwilę nie jestem pewien czy chciałbym wrócić do Soulsów w tradycyjnej postaci. Pewnie, „Elden Ring” nie sprawia, że poprzednie gry nagle stały się kiepskie, skądże znowu! Zaoferował jednakże takie rozwiązania, których okropnie by mi brakowało. Swobodę, ciekawość świata, wierzchowca i… skakanie. Jak dobrze jest móc skakać w Soulsach za pomocą prostego naciśnięcia guzika.

Jeśli wciąż, po przeszło miesiącu od debiutu, nie mieliście okazji sięgnąć po „Elden Ring”, zdecydowanie warto to przemyśleć. Jeśli natomiast na samą myśl o grach z otwartym światem, które przez przeładowanie pierdołami nastawione są na marnowanie czasu gracza, robi wam się słabo, tym bardziej warto wypróbować dzieło FromSoftware. Nagle okaże się, że ten gatunek ma do zaoferowania coś więcej, niż recykling zadań, kolekcjonowanie bezwartościowych znajdziek oraz sklepik z mikropłatnościami mającymi „oszczędzać” nasz czas. „Elden Ring” to dokładnie taka przygoda, jakiej potrzebowałem i nawet sobie nie zdawałem z tego sprawy. I właśnie dlatego wiem, że spędzę przy niej jeszcze bardzo dużo czasu.